Do prowadzenia rejestrów korzyści są zobowiązani najwyżsi rangą urzędnicy. Muszą wpisywać do nich informacje m.in. o darowiznach i stanowiskach, nawet pełnionych honorowo. Ustawa przewiduje, że „wszystkie zmiany danych objętych rejestrem należy zgłosić nie później niż w ciągu 30 dni od dnia ich zaistnienia". Obowiązek dotyczy również ministrów.
Rząd Ewy Kopacz został zaprzysiężony 22 września, a 30-dniowy termin upłynął w środę. Do tego czasu rejestr powinni uzupełnić wszyscy członkowie gabinetu, nawet ci, którzy pracowali wcześniej w rządzie Donalda Tuska. Obowiązku nie wypełniła jednak znaczna ich część.
Lawina deklaracji
Jaka? W dniu upływu terminu na stronach internetowych Państwowej Komisji Wyborczej, która publikuje rejestry, brakowało oświadczeń dziewięciu ministrów, czyli niemal połowy rządu. Oświadczeń złożyć nie mieli m.in. premier Ewa Kopacz i dwóch wicepremierów: Janusz Piechociński i Tomasz Siemoniak. – Strona internetowa odzwierciedla stan faktyczny, a deklaracje są zamieszczane na bieżąco – informował Grzegorz Gąsior z Krajowego Biura Wyborczego.
Wczoraj, gdy po upływie terminu wysłaliśmy pytania do ministrów, którzy nie złożyli wpisów, wokół rejestrów zaczęły dziać się dziwne rzeczy.
Do komisji napłynęło nagle aż sześć deklaracji: Kopacz, Siemoniaka, Piechocińskiego oraz szefów resortu infrastruktury Marii Wasiak, pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza i nauki Leny Kolarskiej-Bobińskiej. O tym, że zgłoszenie Małgorzaty Omilanowskiej zostanie „pilnie przesłane do PKW", poinformowało nas z kolei Ministerstwo Kultury.
– Za datę zgłoszenia uznajemy datę wpływu do naszej kancelarii – informuje Grzegorz Gąsior. Jednak część ministrów, których oświadczenia wpłynęły do PKW już po terminie, twierdzi, że obowiązek wypełniło. – Pani premier deklarację uzupełniła w ostatnim dniu terminu – zapewniła nas rzecznik rządu Iwona Sulik. Podobne informacje dostaliśmy od rzeczników Piechocińskiego, Siemoniaka, Wasiak i ministra sprawiedliwości Cezarego Grabarczyka.
Wiceprezes PiS Beata Szydło mówi, że niezależnie od tego, ilu dokładnie członków rządu przekroczyło termin, sprawa świadczy o „niefrasobliwości i arogancji władzy". – Ministrowie powinni stać na straży prawa, jednak pod rządami PO-PSL wszystkie instytucje zaczynają zawodzić – mówi posłanka.
Wadliwe przepisy
Dlaczego wielu ministrów się spóźniło? Łukasz Szelecki z resortu nauki tłumaczy to „błędem urzędnika, wobec którego zostaną wyciągnięte konsekwencje". Ministerstwo Infrastruktury pisze, że „zbada proces przekazywania dokumentu". Resorty gospodarki i pracy zaś interpretują przepisy tak, że 30-dniowy termin dotyczy jedynie aktualizacji danych objętych rejestrem, a nie pierwszego zgłoszenia.
Była minister ds. walki z korupcją Julia Pitera z PO mówi jednak, że problemy wynikają przede wszystkim ze źle skonstruowanego prawa. – Przepisy są nieegzekwowalne, bo za niezłożenie wpisu do rejestru nie przewidziano żadnych sankcji. Nic nie grozi też za przekroczenie terminu. Dlatego o rejestrze tak łatwo zapomnieć – tłumaczy.
Rejestry korzyści wprowadziła tzw. ustawa antykorupcyjna z 1997 roku i od początku były z nimi kłopoty. Ministrowie wpisują do nich m.in. otrzymywane od kolegów z zagranicy prezenty, jednak zdarzało się im zapominać o wypełnieniu innych rubryk. Przykładowo: w 2007 roku „Newsweek" wytknął ówczesnemu premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że nie przyznał się w rejestrze korzyści do zasiadania w radach dwóch fundacji.
Nie odpowiedział za to. – W odróżnieniu od oświadczeń majątkowych nikt nie sprawdza danych w rejestrach – mówi Julia Pitera.
Jako pełnomocniczka rządu proponowała, by prowadzeniem rejestrów korzyści i ich kontrolą zajęło się CBA. Jej pomysł upadł, a Bożena Szydło uważa, że rząd Ewy Kopacz, który sam ma problem z wpisami do rejestru, powinien teraz uszczegółowić przepisy.
– Rejestr ma przecież służyć przejrzystości władzy – przypomina. – Jednak zapewne politycy PO i PSL zamiotą sprawę pod dywan i uznają, że nic się nie stało.