W roli spowiedników występowali dziennikarze, a o ewentualnym rozgrzeszeniu zdecydować miało niemieckie społeczeństwo.

Spowiedź okazała się jednak testamentem. Nie tylko dlatego, że Heidegger wyraził zgodę na publikację wywiadu dopiero po swojej śmierci (ciekawość jego rodaków została tym samym wystawiona na trwającą dziesięć lat próbę). Potraktował on serię pytań o wydarzenia z początku rządów Hitlera w Niemczech jak pańszczyznę, po której odrobieniu może wreszcie zacząć mówić o tym, co ważne. – Nie wiem, jak pan, ale ja byłem zszokowany i przerażony, kiedy jakiś czas temu zobaczyłem zdjęcia Ziemi zrobione z Księżyca – zwrócił się w pewnym momencie filozof do dziennikarza. Tego już było za wiele. Ludzkość uporała się wreszcie z demonami ideologii i wspina się na wyżyny swoich możliwości. A ten marudzi.

Co takiego Heidegger zobaczył na tych zdjęciach? Technikę rozwijająca się szybciej, niż człowiek jest w stanie nad nią zapanować? Zwiastun nadciągającego buntu maszyn? Wtedy nie warto byłoby zawracać sobie nim głowy. W końcu to samo proroctwo, tylko o wiele bardziej plastycznie i pomysłowo, wygłosiła już tysiące razy popkultura. Prawdziwe niebezpieczeństwo polega nie na tym, że technika oderwie się i zbuntuje przeciwko swoim twórcom, ale na tym, że odrywa ich od nich samych. Heidegger dopatrzył się na zdjęciach naszej planety nie dowodu na podbój kosmosu, ale ucieczki człowieka przed swoim domem, światem, przed samym sobą.

Jakiś czas temu popularne stało się hasło-zażalenie: „Obiecaliście loty na Marsa, a daliście Facebooka". Przecież nie ma nic bardziej naturalnego – wzruszyłby ramionami Heidegger. Tworzenie awatarów samych siebie, okien wystawowych swojego życia jest tylko tańszą, łatwiejszą i powszechnie dostępną drogą tej samej ucieczki.

W tym miesiącu mija 70 lat od debiutu fabularnego Stanisława Lema, ukazania się jego pierwszej i chyba najbardziej zapomnianej książki. „Szpital Przemienienia" to opowieść o szpitalu psychiatrycznym w pierwszych miesiącach II wojny światowej. I chociaż książka ta nie ma tego wszystkiego, za co czyta się Lema – futurologii, wynalazków, lotów w kosmos – jest w niej wszystko, co potrzebne, żeby go zrozumieć. W końcu, jak mówi jeden z bohaterów powieści: „dom wariatów zawsze był wyciągiem duchowym epoki. Wszystkie skrzywienia, garby psychiczne i dziwactwa tak są rozpuszczone w normalnym społeczeństwie, że trudno je uchwycić. Dopiero tu, w koncentracie, ukazują jasno oblicze swoich czasów. Oto muzeum dusz".

Szaleństwo (czytaj: człowieczeństwo) chciał Lem zbawić i uleczyć techniką. Wojna i postęp splatają się tu jak w testamencie Heideggera, tyle że od drugiej strony. Każda z kolejnych książek Lema była jakąś formą, wariantem odpowiedzi na „Szpital Przemienienia".

Msza święta, której nie uda się odprawić na końcu powieści, bo na ten sam dzień Niemcy zaplanowali likwidację pacjentów szpitala, jest wielką nieobecną wyobraźni Lema. Pustka po niej odbija się echem w „Solaris" czy „Głosie Pana", powieściach o tęsknocie za wyższym, rozgrzeszającym sensem. Główny bohater „Szpitala..." wyznaje na końcu, że czuje się biały i niezapisany jak w chwili narodzin. Niezapisany jak strony, które Lem miał zapełnić przez resztę życia. Przemienienia, które się wtedy nie dokonało, Lem szukał i domagał się od techniki. Heidegger mógłby odpowiedzieć mu na to tytułem swego wywiadu z „Der Spiegel": „Tylko Bóg może nas uratować".

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95