Taki był pomysł. Kiedy zacząłem pisać, okazało się, że  pamiętam głównie fakty „historyczne" – kiedy się przeprowadziliśmy, jakie książki napisał ojciec itd. Zaprosiłem więc do rozmowy żonę, która wycisnęła ze mnie tajemnice mojego dzieciństwa.

– Jakie jest twoje najprzyjemniejsze wspomnienie?

–  Jour fixe.
– Czyli?

– To był taki dzień, w którym się przyjmowało gości. Każdy wujek, ciocia czy znajomy mógł przyjść tego dnia i wiedział, że dostanie kawy, tortu i dobrego likieru.

– Konkretny dzień w tygodniu?

– Tak, to francuski zwyczaj – „stały dzień". Na przykład wiadomo było, że do Łapickich przychodzi się w środy. Na pewno nie w sobotę i nie w niedzielę.

– A na co zarezerwowane były weekendy?

– Nie było pojęcia „weekend". Po prostu w sobotę pracowało się krócej.

– Kto do was przychodził?

– Ciotki, rodzina taty.

– To już było w Warszawie?

– Tak, kiedy mieszkaliśmy na Nowym Zjeździe.

– Spędzałeś wtedy więcej czasu z mamą, prawda?

– Pewnie! Całe dnie. Ojciec wykładał na prawie, mama była w domu.

– Była „żoną przy mężu"?

– Tak.

– Była z tego zadowolona?

– Zachwycona!

– Czy było wtedy przyjęte, że kobiety pracują zawodowo?

– Było, ale niektóre niespecjalnie się tym przejmowały. Kto miał pieniądze, nie pracował.

– Jaka twoja mama była na co dzień?

– Słodziutka.

– Pobłażała ci?

– Oj tak.

– Wiadomo, jedynak.

– Mój starszy braciszek umarł zaraz po urodzeniu. Kiedy po ośmiu latach urodziłem się ja, mama chuchała na mnie, jak nie wiem co.

– Uczyłeś się w domu?

– Tak. Mama nauczyła mnie pisać, a czytać nauczyłem się sam. Potem poszedłem do szkoły, podobno najlepszej, pani Chełmońskiej przy ulicy Dowcip. Wiesz gdzie jest ulica Dowcip?

– Wiesz, że topografia nie jest moją mocną stroną. Dobra, nie wiem.

– A gdzie jesteś, wiesz?

– W Warszawie dowcipnisiu. Mama była słodka, a tata?

– Skryty, zimny.

– Myślisz, że jesteś do niego podobny?

– Tak.

– Dlaczego?

– Bo jestem nieprzyjemny, uparty, ambitny ponad miarę...

– ... i skromny.

– I o sobie mam pojęcie duże. Można powiedzieć, że jestem wykapany ojciec.

– Byłeś zabijaką czy grzecznym chłopcem w białych podkolanówkach?

– Raczej zabijaką. Miałem swoją pakę na podwórku, zbieraliśmy drużynę i graliśmy w piłkę.

– Czym się bawiłeś jako dziecko?

– Normalnie – miałem samochody, lokomotywy...

– Drewniane?

– Drewniane, metalowe albo składane.

– Chętnie wracasz myślami do tamtych czasów?

– Nie bardzo.

– Dlaczego? Ludzie z reguły lubią wspomnienia z dzieciństwa.

– Może dlatego, że myśmy się nie rozczulali nad sobą.

– Czy twoi rodzice lubili się bawić?

– Lubili, zwłaszcza mama. Ojciec był potem dygnitarzem, to musiał sobie kupić frak i cylinder. Chodzili na zamek do Mościckiego.

– Do prezydenta?

– Tak, wydawał rauty, tak jak dziś. Chyba.

– A ty z kim wtedy zostawałeś?

– Mieliśmy gosposię oczywiście.

– Oczywiście. A w co ubierała się twoja mama?

– Teraz sobie przypomniałem, że jej ulubiony kolor to był electric blue, taki chabrowy, ostry niebieski. Miała długą, koronkową suknię i na te rauty u Mościckiego electric jechał.

– A czego cię rodzice nauczyli?

– Żeby zawsze mówić prawdę.

– I udaje ci się?

– W większości wypadków. Tylko ciebie oszukuję.

– Dziękuję.