RM: Niewielu muzyków angażuje się tak jak pan w 2010 roku.
WP:
10 kwietnia 2010 roku pękło mi serce. I nie tylko mnie. Byłem tam pod Pałacem, mój syn przyleciał z Niemiec specjalnie po to, by pójść na Krakowskie Przedmieście, stanąć w kolejce. Do dziś nie potrafię się do końca pozbierać po tym, co się stało w Smoleńsku.
RM: To znaczy?
WP:
Nie potrafię zrozumieć, jak mogło do tego dojść, że tu nagle prezydent mojego państwa, że tylu ludzi na pokładzie... Chcę, żeby mi to wyjaśniono, jak to się stało.
RM: To niezbyt częsta wśród artystów postawa.
WP:
Chyba nie, są ludzie, dla których to był straszny cios. Zbyszek Wegehaupt nie wytrzymał, zachorował, potem mu serce pękło, bo tam zginął jego spowiednik.
RM: Wróćmy do pana. Od współczucia do komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich droga daleka.
WP:
Bywają chwile, kiedy człowiek musi zareagować. Dla mnie to nawet nie była decyzja polityczna, ale jakiś gest obywatelski.
Cały wywiad w Plusie Minusie
Tu możesz kupić elektroniczne wydanie „Rzeczpospolitej" z Plusem Minusem