Wiadomość pierwsza z internetu: „Pytana, czy nie jest rozczarowana postawą Putina, który nie dotrzymuje przyjętych ustaleń, Merkel odparła, że »rozczarowanie« nie jest właściwym pojęciem w tej sytuacji. – Moim obowiązkiem, zgodnym z interesami niemieckimi i europejskimi, jest nazywanie rzeczy po imieniu".
To mi się podoba. Już od dawna – może od czasów, kiedy mówienie (a właściwie mądrzenie się) o polityce stało się igraszką komentatorów telewizyjnych niemających pojęcia, do jak trudnych tematów się zabierają – język polityki stał się dziecinny, to znaczy prosty, uczuciowy i dydaktyczny. „How do you feel?", czyli: „Co pan czuje", zastąpiło kartezjańskie pojęcie myślenia. Czuję, więc jestem – mogą mówić dzisiejsi mędrcy.