Od kilku lat Francja jest w szoku. Do kościołów w największych francuskich miastach przynoszone są nie niemowlęta, nie dzieci wpisane w rodzinny obyczaj, ale przychodzą do nich dorośli, prosząc o chrzest. Często to tzw. osoby po przejściach, co sprawia, że moment przekroczenia progu Kościoła to dla nich nie kolejny automatyczny etap biografii, jak chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie, ślub; to kobiety i mężczyźni, którzy w kraju laickiej republiki, po dekadach sekularyzacji, po skandalach nadużyć seksualnych, obojętności i zaniku religijnego języka, stanęli przy chrzcielnicy, szukając czegoś, co zagubili w codzienności. Episkopat Francji podał, że tylko w Wielkanoc 2026 r. chrzest w tym kraju przyjęło łącznie 21 386 osób, w tym 13 234 dorosłych oraz 8 152 nastolatków. To może nie tak wiele w blisko 70-milionowym kraju, ale nie o liczbę tu przecież chodzi. To ludzie, którzy nie przyszli potwierdzić społeczno-religijnej normy, bo ta nad Sekwaną już nie istnieje, ale ją przekroczyć. I jest to być może najciekawsze zjawisko religijne dzisiejszego Zachodu: ani nie masowy powrót dawnej „christianitas”, ani nie statystyczne odwrócenie sekularyzacji, nie triumfalny pochód Kościoła przez społeczeństwa, które miały już być po chrześcijaństwie, a raczej coś subtelniejszego, mniej efektownego, a przez to znacznie ciekawszego – chrześcijaństwo zaczyna wracać jako świadomy wybór w świecie, w którym przestało być oczywiste. Bo nie, nie wraca chrześcijański Zachód, ale ludzie, którzy w postchrześcijańskim Zachodzie odkrywają, że bez chrześcijaństwa nie potrafią opowiedzieć własnego życia.