Od kilkunastu dni część polskich środowisk żyje aferą wokół wypowiedzi Andrzeja Szeptyckiego, który miał (miał, bo wbrew zapewnieniom polityków, wcale tego nie zrobił) porównać żołnierzy wyklętych do Ukraińskiej Powstańczej Armii. Odpowiedzią na te słowa polityków prawicy było wezwanie do dymisji nie tylko jego samego (taki postulat zgłaszał Marcin Przydacz), ale i całego rządu (to już kandydat na premiera z PiS Przemysław Czarnek). „Dlaczego w tym rządzie dalej są Ukraińcy obrażający Polaków?” – pytał Czarnek. Z kolei dziennikarka Dorota Gawryluk dziwiła się, „jak to jest możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy, jest wiceministrem w polskim rządzie”. Te wypowiedzi zupełnie jasno pokazują, że pod względem debaty narodowościowej polska prawica wróciła do stanu wczesnego Dmowskiego i niestety nie odrobiła lekcji rodziny Szeptyckich, której historia doskonale pokazuje, jak skomplikowane i splątane są polskie i ukraińskie losy.