Trwałość demokracji od przeszło dekady jest jednym z głównych tematów w debacie publicznej. Demokracji – już nie tylko tej liberalnej – zagrażać mają populizm, autorytarni liderzy, rosyjskie boty oraz partie radykalne finansowane z niejasnych – lub przejrzyście rosyjskich – źródeł. Co sprawia jednak, że hasła promowane przez tych aktorów sceny politycznej trafiają na podatny grunt? Mówimy bowiem nie o jednym kraju, nie o jednym obszarze geograficznym lub kulturowym, ale o zjawisku obecnym od USA, Brazylii i Argentyny na półkuli zachodniej, przez prawie całą Europę, aż po Indie, Tajlandię i Indonezję w Azji. Żaden podział na „stare” i „nowe” demokracje ani poziom wzrostu gospodarczego czy zamożności nie tłumaczą tego fenomenu.