Abstrahując od tego, jak bardzo ryzykowne są takie zapowiedzi na półtora roku przed wyborami wobec bardzo realnego „niebezpieczeństwa”, że rząd Tuska nie tylko pożyczkę w ramach programu SAFE zaciągnie, ale prawdopodobnie także zdąży znaczną jej część zainwestować w polską zbrojeniówkę, warto się na chwilę pochylić nad scenariuszem, w którym przyszły premier z nadania prezesa spróbuje taką operację przeprowadzić, gdy znaczna część pieniędzy będzie już albo wydana, albo zakontraktowana. Same kontrakty zbrojeniowe będzie można oczywiście zerwać – gdy Antoni Macierewicz był ministrem obrony, zerwał umowę z Francją na zakup caracali, ale ta decyzja kosztowała Polskę 80 milionów, które trzeba było Airbusowi zapłacić w ramach ugody. Okoliczności towarzyszące zerwaniu umowy i kreowaniu narracji, która pozwoliłaby wszystko zwalić na poprzedników są całkiem nieźle udokumentowane w mailach Michała Dworczyka i raportach Najwyższej Izby Kontroli, nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby trzeba było zrealizować obietnicę Kaczyńskiego i zrywać już zawarte umowy, ten, komu takie wyznanie wyznaczy, nie będzie miał z tym najmniejszego problemu, niezależnie od finansowych i wizerunkowych kosztów takiego przedsięwzięcia. Dopóki będzie można sprzedać to własnemu elektoratowi.