Znana m.in. z „Homeland” brytyjsko-irańska aktorka i aktywistka Nazanin Boniadi wywołała do tablicy lewicowych aktywistów, którzy niewystarczająco mocno protestowali przeciwko łamaniu praw człowieka w Iranie, zanim USA rozpoczęło wojnę w tym kraju. „Dostaję wiele wiadomości od kolegów ze świata show-biznesu, którzy mówią teraz, że jest im przykro z powodu tego, co spotyka mój naród. Dziękuję, ale gdzie byliście kilka tygodni temu, kiedy dziesiątki tysięcy Irańczyków było mordowanych przez irański reżim?” – pytała w CNN, dodając, że od dekad gwałcono tam prawo międzynarodowe. To zasadne pytanie, szczególnie w kontekście rodzaju praw człowieka, które są tam łamane. Prześladowanie kobiet, mniejszości seksualnych i surowe prawo religijne regulujące życie – to wszystko powinno naturalnie pobudzać lewicowe środowisko filmowe w Hollywood. Milczenie celebrytów, którzy zazwyczaj głośno manifestują swoje przywiązanie do liberalnych wartości zauważył branżowy „The Hollywood Reporter”, gdzie w styczniu tego roku pojawił się tekst pod znamiennym tytułem „Hollywood nie stać na milczenie w sprawie Iranu”. Tyle że tekst napisała pochodząca z Iranu Maryam Lieberman. Nie jest niczym zupełnie nowym przemilczanie przez amerykański show-biznes zbrodni totalitarnych krajów, będących w stanie wojny albo konfliktu z nielubianą administracją w Białym Domu. Protesty przeciwko antysowieckiej ofensywie Ronalda Reagana w ostatniej dekadzie Zimnej Wojny czy wcześniejsze bronienie wietnamskiego krwawego reżimu Ho Chi Minha w czasie prezydentury Richarda Nixona są tego najlepszym dowodem. Kolejnym problemem są podwójne standardy. Inaczej przecież reagowano na działania w Afganistanie ekipy Baracka Obamy, a inaczej administracji George’a W. Busha.