Pierwsze dni po namaszczeniu Przemysława Czarnka na premiera przez Jarosława Kaczyńskiego upłynęły na ustalaniu, dlaczego akurat on. Ten 48-letni profesor prawa konstytucyjnego z KUL był od początku na krótkiej liście prezesa PiS. Udawało mu się mylić tropy. Potrafił wskazywać przed kamerami na kogoś innego, na któregoś z pisowskich samorządowców. Inna sprawa, że podobno Kaczyński wahał się do ostatniej chwili.
Dwie rzeczy powtarzają wszyscy. Że Czarnek to recepta na powstrzymanie erozji PiS tracącego zwolenników na rzecz obu Konfederacji, a szczególnie partii Grzegorza Brauna. Być może na odzyskanie tych, którzy odeszli w poprzednich miesiącach. I że to również lek na kryzys wewnętrzny partii, na podział. – Kaczyński chce powstrzymać nasze dalsze wykrwawianie się – mówi mi ważny polityk PiS, który skądinąd uważa tę decyzję za błąd. W obu motywach, zwłaszcza w tym drugim, trudno nie zauważyć dziur.