Mikaela Shiffrin: Żal mistrzyni

Amerykanka Mikaela Shiffrin, jedna z najlepszych alpejek w historii narciarstwa, faworytka trwających właśnie mistrzostw świata, może być zapamiętana jako kobieta ogromnego sukcesu. Ale także jako symbol pokory wielkiego sportowca wobec życia w cieniu zwycięstw.

Publikacja: 10.02.2023 17:00

Mikaela Shiffrin: Żal mistrzyni

Foto: NICOLAS TUCAT

Trzy lata temu – w końcu stycznia 2020 roku – była w Folgarii we Włoszech, trenowała przed kolejnym pucharowym startem, kiedy zadzwonił starszy brat Taylor. Mówił cały w nerwach, że nie może połączyć się z mamą, że tata miał wypadek w domu w Kolorado, że był tam sam i coś robił na drabinie, spadł, uraz głowy był poważny, żeby obie natychmiast wróciły.

Wróciły na czas, by się pożegnać. Jeff Shiffrin zmarł w szpitalu 2 lutego 2020 roku. Podczas wypadku nikogo nie było w domu, nikt nie wezwał pomocy, nie było szansy, by ojciec mistrzyni nart pozostał przy życiu.

Dla Mikaeli Shiffrin czas się zatrzymał. Nie mogła spać. Nie mogła jeść. Nie mogła i nie chciała jeździć na nartach. Mogła jedynie chodzić po domu i pytać sama siebie, dlaczego wyścigi na nartach były takie ważne, dlaczego miała takie, a nie inne priorytety, co ma myśleć o sobie i swej przeszłości. Myśli miała różne, czasem takie, że może jednak góry i sport mają jakąś wartość terapeutyczną.

Uznała, że wróci do Pucharu Świata ponad miesiąc po pogrzebie ojca. Chciała z mamą przylecieć w marcu do szwedzkiego Are. W mediach społecznościowych opublikowała wcześniej krótki film, w którym mówiła: „Zaakceptowanie nowej rzeczywistości zajmie dużo czasu i być może nigdy tak naprawdę tego nie zrobimy, może nie musimy tego robić, ponieważ wciąż możemy Go tutaj wyczuć. W naszych sercach, w naszych myślach, na niebie, w górach i na śniegu. Odcisnął swoje piętno i jest tutaj. Nadszedł właściwy czas, aby wrócić, choć teraz nie mam żadnych oczekiwań… tak naprawdę nie mam nawet celów. Mam tylko nadzieję, że wykonam kilka dobrych skrętów. Myślę, że uszczęśliwiłoby to mojego tatę”.

Czytaj więcej

Golden Globe Race. Żeglarstwo sprzed ery GPS

Uwięziona w żalu

Nie pojechała do Are. Nie zdobyła wtedy czwartej Wielkiej Kryształowej Kuli, choć była blisko. Pod nieobecność amerykańskiej liderki w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata na prowadzenie wyszła Włoszka Federica Brignone i jej wręczono kryształ, bo ostatniego dnia lutego, po supergigancie w La Thuile, pozostałe zawody odwołano z powodu pandemii Covid-19.

Mikaela Shiffrin pozostała w pięknym nowym domu w Edwards, rozwijającym się kurorcie narciarskim 14 mil na zachód od Vail, do którego rodzina wprowadziła się ledwie osiem miesięcy wcześniej. Mieszkała tam uwięziona z ciągłym poczuciem smutku, żalu, beznadziei. Znów nie miała chęci na nic, narty stały bezczynnie. Przez ponad trzy miesiące chodziła tylko czasem do domowej siłowni. To nie było jedynie poczucie straty, blokada po śmierci bliskich osób (cztery miesiące wcześniej zmarła też ukochana babcia Mikaeli).

Przez lata Jeff Shiffrin stworzył coś, co w światku alpejskim z podziwem, niekiedy też z zazdrością określano jako „Team Shiffrin”.

Historia Mikaeli ma oczywisty początek w historii jej rodziców, którzy sami nieraz mówili, że przeżyli małe narciarskie love story. Wszystko zaczęło się latem 1985 roku w miejscowości Brighton w stanie Massachusetts, gdy los zetknął Jeffa i Eileen w Centrum Medycznym im. św. Elżbiety. On, bardzo zdolny 31-letni anestezjolog, kończył staż w oddziale kardiochirurgicznym, ona, 25-letnia pielęgniarka, pracowała na oddziale intensywnej opieki medycznej.

Oboje jeździli wcześniej na nartach. Eileen dorastała w Berkshires, na wzgórzach w północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych. Każdej jesieni rodzice jechali z nią i resztą rodzeństwa na Mount Greylock, szli na łąkę z dwoma wyciągami linowymi, ścinali trawę i wyrównywali stok przed opadami śniegu. Jak śnieg spadł, przyszła mama Mikaeli brała swe mocno sfatygowane narty, wkładała dżinsy, skórzane buty, na sweter nakładała worek na śmieci jako dodatkową osłonę przed wiatrem i pędziła w dół. Te doświadczenia dały jej mocną pozycję w rywalizacji w szkole średniej. Zamierzała zostać jeszcze lepszą narciarką w college’u, ale gdy poszła do szkoły pielęgniarskiej, na narty czasu zabrakło.

Jeff pochodził z Dover w stanie New Jersey, jeździł na nartach od dziecka, i w szkole, i podczas studiów medycznych. Nawet startował parę razy w mniejszych zawodach FIS, więc gdy przyszło do pierwszych randek, na jedną z nich zabrał nową dziewczynę do Killington Mountain w stanie Vermont, a na pierwsze zimowe wakacje pojechali do samego Aspen. Pasja stała się wspólna.

Pobrali się w 1986 roku. Po kilku latach przeprowadzili do Vail w Kolorado, tam, gdzie prowadzą wakacyjne drogi niemal wszystkich amerykańskich narciarzy, gdzie są wspaniale trasy, świetni instruktorzy i dobra pogoda. Znaleźli bez trudu pracę w Vail Valley Medical Center. Taylor Shiffrin urodził się w 1992 roku, Mikaela niecałe trzy lata później.

Bądź miła, najpierw pomyśl, dobrze się baw

Córka Jeffa i Eileen miała chyba ze dwa lata, gdy pierwszy raz stanęła przy wyciągu w plastikowych nartach. Podczas wielu rodzinnych wycieczek dzieciaki błyskawicznie nauczyły się skrętów i szusów, by w wieku dziewięciu i siedmiu lat pojawić się w miejscowym klubie narciarskim i zacząć poważne treningi.

Talent Mikaeli było widać od razu i choć państwo Shiffrin nie planowali wychowywać córki na mistrzynię świata, stało się jasne, że mają w domu kandydatkę do wielkich osiągnięć. Kiedy Jeff dostał propozycję pracy w Nowej Anglii, wszyscy przenieśli się do stanu Vermont, bo tam Mikaela i Taylor (później niezły narciarz mocnej drużyny akademickiej Denver University, dwa razy zdobywał z nią mistrzostwo NCAA, dziś analityk danych i przedsiębiorca w Denver) mogli trenować w znanym ośrodku – Burke Mountain Academy, czyli w miejscu, z którego w świat wyruszyły dziesiątki amerykańskich alpejczyków, także tych, którzy zdobywali potem medale igrzysk.

Nawet po powrocie rodziny do Vail w 2009 roku Mikaela pozostała jeszcze kilkanaście miesięcy z mamą w Burke Academy. Pani Eileen wynajęła mieszkanie, wzięła na siebie rolę domowej nauczycielki, pilnowała treningów i tego, by 14-letniej dziewczynce nie przewróciło się w głowie, gdyż po dziecięcych sukcesach krajowych przyszły też międzynarodowe. Tata Jeff wpoił córce własne trzy zasady sportu i życia: „Be nice. Think first. Have fun” (Bądź miła. Najpierw pomyśl. Dobrze się baw). Po jego śmierci Mikaela wydrukowała te słowa na naklejce i umieściła na tyle hełmu – tuż obok znacznie starszego skrótu „ABFTTB”, czyli „always be faster than the boys” (zawsze bądź szybsza od chłopaków).

Mniej więcej wtedy, gdy wszyscy byli w Vermont, zaczął się kształtować rodzinny model prowadzenia kariery młodej mistrzyni narciarstwa. Przez chwilę Shiffrinowie pomyśleli, że przeprowadzą się wspólnie do Europy, żeby być razem – Jeff nawet szukał posady – ale za bardzo kochali Vail, by je na długo opuścić.

Podzielili zatem role: matka zaczęła jeździć na zawody, trzymała rękę na pulsie w kwestii wyników i treningu, będąc zarówno ekspertem (ma amerykańską licencję instruktorską), jak i mamą, doradcą oraz ramieniem, na którym można się wypłakać i dać upust emocjom. Porzuciła pracę pielęgniarki, by na pełny etat pomagać córce.

Ojciec, ze względu na obowiązki zawodowe, zazwyczaj zostawał w domu, ale mając niemałą wiedzę naukową i kliniczną (przez pewien czas wykładał w Colorado University) pomagał córce w opracowaniu oryginalnych metod treningu, także nauczył ją skupiać się na zadaniach i nie rozpraszać podczas wyścigów. Studiował na rodzinny użytek fizykę narciarstwa i naukę o sukcesie. Lubił nazywać siebie „analitykiem systemowym” ds. rozwoju umiejętności narciarskich Mikaeli, żonę nazywał z uśmiechem „specjalistką od wdrożeń”.

Niekiedy nagrywał przejazdy Mikaeli, by mogli je potem wspólnie analizować, przeważnie jednak pozostawał w tle, nawet jeśli córka startowała blisko domu. Bywało, że wspinał się na drzewa przylegające do trasy, oglądał przejazdy, robił zdjęcia i szedł do swoich zajęć. Poza tym kierował biznesową stroną „Teamu Shiffrin”, pilnował logistyki, zamawiał bilety samolotowe, rezerwował hotele i auta, opracowywał program startów córki. Odbierał telefony o każdej porze, by udzielić porady. – Był naszą opoką, naszą siatką bezpieczeństwa – wspominała.

Podczas pierwszego występu w Pucharze Świata, w marcu 2011 roku, to on towarzyszył 15-letniej Mikaeli. Pojawiła się w Czechach na starcie dwóch konkurencji technicznych w Szpindlerowym Młynie. Giganta nie ukończyła, zaliczyła jedynie slalom, na skromnym 32. miejscu. Wartością dodaną tej przygody była nie tylko wiedza, co robić, by rywalizować na najwyższym poziomie, ale też spacer z tatą po uliczkach Pragi.

Siedem miesięcy później nastolatka z Vail zdobyła pierwszy raz punkty Pucharu Świata, po kolejnym miesiącu stanęła po raz pierwszy na podium.

Sukcesy przychodziły szybko i mogły zawrócić w głowie: mistrzynią USA w slalomie została, mając 16 lat, pierwsze slalomowe zwycięstwo w Pucharze Świata odniosła w Are w grudniu 2012 roku, pierwszą małą Kryształową Kulę za slalom odebrała w marcu 2013 roku. Nie miała 19 lat, gdy zakwalifikowała się na igrzyska w Soczi (2014) i została najmłodszą mistrzynią olimpijską w slalomie.

Od razu znalazła się na okładce „Sports Illustrated”, współpracując z Barillą, znanym włoskim producentem makaronów i sponsorem narciarzy alpejskich, wydała książką kucharską „Winning Recipes” (Zwycięskie przepisy), podpisała kontrakt z Adidasem. Jej kariera rozwijała się w tempie zjazdowym.

Mama miała czasami pomysły, żeby może zostawić karierę córki w rękach doświadczonych trenerów amerykańskiej kadry, ale próby się nie udały. W 2015 roku samotny start w Are skończył się upadkiem już podczas rozgrzewki i długą przerwą na leczenie więzadła (okazało się, że Mikaela słabo widziała trasę z powodu reakcji alergicznej na kosmetyk), druga nieobecność mamy też przyniosła serię słabych wyników.

Czytaj więcej

Szefowie PZT. Wielcy, marni, przypadkowi i Skrzypczyński

Ataki paniki

Chociaż naturalny uśmiech Mikaeli bardzo podobał się światu, to w tle jej startów, już od 2016 roku zaczął się pojawiać rosnący niepokój. – Bez względu na to, ile sukcesów odnosiłam, to była ciągła bitwa o to, by udowodnić swoją wartość – mówiła po latach. Długo chowała przed światem, nawet mamą, fakt, że presja ciąży jej bardzo, że zdenerwowanie przed startem narasta z miesiąca na miesiąc, że doszły do niego wymioty, w końcu nawet ataki paniki.

– Nie mówiła o tym, co jest dość typowe dla Mikaeli. W pewnym sensie trzymała takie sprawy w sobie. Myślę, że dla niej to była oznaka słabości, której nie lubiła okazywać – twierdziła potem Eileen Shiffrin.

Psycholog sportowy pomógł, ale bywały dni, że Mikaela, niezależnie od tego, czy były to oczekiwania własne, czy narzucane z zewnątrz, po prostu nie dawała sobie z nimi rady. Pytała wtedy sama siebie, po co to wszystko, po diabła tak się męczy, traciła rozeznanie co do swej wartości i sensu uprawiania narciarstwa. Po złocie w slalomie gigancie na igrzyskach w Pjongczangu (2018) po raz pierwszy poczuła, że jej psychiczne siły wyczerpały się do cna.

Odbudowała się, wciąż niechętnie pokazując światu swe wewnętrzne rozterki, również to, że rozważała całkowite wycofanie się z wyścigów narciarskich i pójście na uczelnię medyczną, tak jak jej tata, lub zostanie biologiem morskim.

W końcu jednak nadal potrafiła wygrywać, uzupełniać domowe zbiory kryształów o kolejne trofea. Wracały krótkie chwile rodzinnego szczęścia, takie jak wyjazd w styczniu 2020 roku nad jezioro Garda, gdzie mogli wspólnie wspominać, jak 18 lat wcześniej uprawiali tam windsurfing. To było zaraz po tym, jak Jeff Shiffrin ostatni raz oglądał Mikaelę w akcji – wygrała zjazd i supergigant w Bansku w Bułgarii, dokładając do pęczniejącej listy sukcesów także te w konkurencjach szybkościowych. Ojciec wrócił do Edwards, mieli spotkać się znów za pięć tygodni. Po kilku dniach zadzwonił Taylor z wiadomością o wypadku.

Znalazła sposób, by to przeżyć. Pomogli ludzie z Vail i Edwards, przyjaciele, z którymi co roku po sezonie siadali przy wielkim stole i świętowali zakończenie zimy Mikaeli. Pomógł nowy chłopak – znany norweski narciarz Aleksander Aamodt Kilde. Znał Mikaelę z alpejskich tras od ośmiu lat, ale dopiero po śmierci jej ojca zaczęli się spotykać. – Pewnie nigdy w stu procentach nie zrozumiem, przez co przechodziła Mikaela, ale przynajmniej wiem na pewno, co mogę dla niej zrobić. Mogę być przy niej, mogę być osobą, której może zaufać – mówił o tej relacji w jednym z wywiadów.

Mikaela miała i ma nadal przy sobie mamę, teraz ważniejszą niż kiedykolwiek. Przetrwały kolejny rok, o wielkich wynikach nikt nie mówił, tym bardziej że przed igrzyskami w Pekinie znów pojawiły się kłopoty – poważna kontuzja pleców, potem zakażenie Covid-19. Została prosta nadzieja – że wróci i wszystko będzie dobrze. Podczas igrzysk nie było. Była katastrofa: nie ukończyła slalomu giganta, wypadła z trasy także w slalomie i w kombinacji alpejskiej. Dziewiąte miejsce w supergigancie i 18. w zjeździe tylko pogłębiły poczucie klęski. Jednak inaczej niż zawsze – postanowiła się otworzyć. Stanąć i powiedzieć, co ją dręczy, o presji, o rozczarowaniach, wstydzie, zażenowaniu i wszystkich innych demonach, jakie męczą nawet najlepszych sportowców.

W przeszłości mogła ukrywać swoje wypalenie frazesami o tym, że jest twarda psychicznie lub walczy z bólem. Teraz stanęła po prostu przed kamerą i przeprosiła kibiców za start olimpijski, następnie napisała esej o morzu żalu, w którym tonęła od czasu utraty ojca. Dołączyła do tenisistki Naomi Osaki, gimnastyczki Simone Biles, także alpejki Lindsey Vonn, które przyznały, że walczyły z depresją. Te wyznania zaczęły zmieniać postrzeganie herosów stadionów, hal i stoków alpejskich.

Poolimpijska szczerość Mikaeli nie oznaczała końca bólu, żal po ojcu wciąż się tli, ale „mówienie o tym wreszcie pomogło uporządkować jej złamaną duszę i emocjonalnie zdruzgotany mózg” – dopowiedziała mama Eileen.

Miesiąc po igrzyskach olimpijskich w Pekinie stanęła na podium Pucharu Świata w Lenzerheide w Szwajcarii. Wśród tych, którzy ją oglądali i dopingowali na trasie, był Roger Federer, właściciel pobliskiego domu. Była druga, ale mogła powiedzieć dziennikarzom: – Wreszcie po prostu cieszyłam się jazdą na nartach. Zdobyła tę czwartą Kryształową Kulę. Zaczęła tej zimy marsz po piątą.

Błyszczą kryształy

Wygrywa jak niegdyś, ale nie warto przesadnie dociekać, czy ważne jest dla niej pobicie rekordu 86 zwycięstw w Pucharze Świata, jaki dawno temu ustanowił Szwed Ingemar Stenmark, czy myśli o tym często. To dziś inna Mikaela Shiffrin. Rekordy rekordami, ale potrafi znaleźć czas dla siebie: chodzi na relaksujące masaże, odhacza książki z listy obowiązkowych lektur, wymyśla nowe riffy na gitarze (zajęła się grą w czasie kwarantanny), robi z mamą wycieczki do parku Yellowstone. Wciąż chodzi na spotkania ze specjalistą, który pomaga jej przejść czas żałoby po ojcu.

Jeff Shiffrin nadal jest obecny w domu w Edwards. Jego zdjęcia wiszą niemal w każdym pokoju. Dom jest nowoczesny, ma pięć sypialni. To dużo, ale planowany był jako nowa rodzinna rezydencja, po tej pierwszej w Eagle-Vail. Jest w nim coś z pałacu śnieżnej królowej – może to 100-letnie belki stropowe z drewna przywiezionego z Austrii, może kominek z brązu zaprojektowany osobiście przez Mikaelę, może kwarcytowa wyspa w kuchni błyszcząca jak lodowiec w słońcu, albo wielki kryształowy żyrandol.

Kryształy błyszczą też na wielu ścianach, liczne kule, korony i puchary zdobyte na alpejskich trasach stoją w pięciu drewnianych podświetlanych szafkach przytwierdzonych do kamiennych ścian. Mikaela jest z nich dumna, ale na swój, wciąż trochę nieśmiały sposób. Jednej z dziennikarek, które odwiedziły ją w domu, pokazała coś innego: pokryty patyną pierścień na kciuku lewej dłoni. Na nim wygrawerowany orzeł z rozpostartymi skrzydłami, symbol siły i odporności w wielu kulturach. Należał do ojca.

Czytaj więcej

Tomasz Redwan: Polska to kraj dwóch gwiazd

Trzy lata temu – w końcu stycznia 2020 roku – była w Folgarii we Włoszech, trenowała przed kolejnym pucharowym startem, kiedy zadzwonił starszy brat Taylor. Mówił cały w nerwach, że nie może połączyć się z mamą, że tata miał wypadek w domu w Kolorado, że był tam sam i coś robił na drabinie, spadł, uraz głowy był poważny, żeby obie natychmiast wróciły.

Wróciły na czas, by się pożegnać. Jeff Shiffrin zmarł w szpitalu 2 lutego 2020 roku. Podczas wypadku nikogo nie było w domu, nikt nie wezwał pomocy, nie było szansy, by ojciec mistrzyni nart pozostał przy życiu.

Pozostało 96% artykułu
Plus Minus
Właściwie dlaczego nie przyjść w bluzie do biura
Plus Minus
Ech, nie mam dziś wibracji na pracę
Plus Minus
Tomasz Terlikowski: Rasizm nie jest chrześcijański
Plus Minus
Tygrysie wdowy
Plus Minus
Prof. Zdzisław Krasnodębski: Najważniejsza część polityki europejskiej toczy się za kotarą
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży