Mimo wszystko jestem zaskoczony. Rozumiałem, że redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki wszedł od początku wojny we flirt z ludźmi, którzy na różne sposoby starają się podważać twardy kurs Polski i wolnego świata wobec Rosji. Podobnie jak wcześniej otwierał swoje łamy dla wyznawców rozmaitych teorii spiskowych dotyczących szczepionek czy antycovidowych restrykcji. Nie sądziłem jednak, że zajdzie tak daleko.
Przypomnę, że wcześniej dziennikarz odnosił się do tej wojny wycinkowo: a to chwaląc premiera Węgier Viktora Orbána za „powściągliwość”, a to protestując przeciw twierdzeniu premiera Mateusza Morawieckiego, że nasza suwerenność jest sprzężona z ukraińską. Pisałem już o nim jako o jednym z „realistów”. Niemniej całościowego programu nie przedstawiał. Nie robili tego także reprezentujący podobne podejście do tej wojny autorzy, jak Łukasz Warzecha, który ograniczał się z kolei do narzekań, że wojna będzie nas za dużo kosztować. I poza narzekania nie wychodził. Próżno było oczekiwać spójnego alternatywnego scenariusza.