Wiktor Kobrin, dentysta z Ukrainy, od dwóch lat stara się otworzyć gabinet w Polsce. Hamuje go egzamin nostryfikacyjny, do którego podchodził już dwukrotnie, ale za każdym razem brakowało mu kilku punktów. Inaczej niż wielu rodaków do emigracji nie pchnął go kryzys gospodarczy nad Dnieprem – bo Wiktor wciąż pozostaje właścicielem działającego w Kijowie gabinetu dentystycznego – lecz chęć, by „spróbować sił w Polsce". – Na razie, wobec niepowodzeń z nostryfikacją, postanowiłem wystartować z innym biznesem. Otworzyłem restaurację, ale jej działalność sparaliżowała pandemia – opowiada „Plusowi Minusowi".

Po raz pierwszy do egzaminu nostryfikacyjnego na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi Wiktor przystąpił jeszcze dwa lata temu. – Nie udało się, ale nie tylko mnie. Od pracowników uczelni słyszałem wtedy, że żaden dentysta z zagranicy nie zaliczył tego egzaminu – opowiada. Prawie się udało w ubiegłym roku w Białymstoku, ale „niewiele zabrakło". Ostatecznie postanowił więc spróbować sił w Warszawie, lecz z powodu koronawirusa kwietniowy egzamin przeniesiono na jesień. Mimo braku dyplomu Wiktor chciał pomóc w walce z pandemią. Bezskutecznie. – Przeczytałem w sieci ogłoszenie, że potrzebują dentystów. Złożyłem więc odpowiedni wniosek do Okręgowej Izby Lekarskiej w Szczecinie, ale odpowiedzieli mi, że nie mogą mnie zatrudnić, bo nie mam odpowiednich zezwoleń. Mogę i chcę pomóc, ale jako lekarz, a nie jako pielęgniarz czy sanitariusz – mówi Kobrin.

Tę możliwość może mu dać procedowany właśnie poselski projekt zmian w prawie, który całkowicie zmienia sytuację medyków z tzw. państw trzecich, czyli spoza Unii Europejskiej. Jeśli projekt wejdzie w życie, nie tylko nie będą musieli potwierdzać ważności dyplomu, zdając bardzo trudny egzamin z medycyny, ale nawet przystępować do testu z języka polskiego. Wystarczy weryfikacja wykształcenia na poziomie samorządów zawodowych oraz oświadczenie samych pracowników medycznych, że ich poziom znajomości języka pozwala im wykonywać obowiązki zawodowe.

Okazało się jednak, że mimo trudów walki z koronawirusem hasło „wszystkie ręce na pokład" ma w środowiskach medycznych swoich przeciwników. A ich argumentów nie da się zbyć machnięciem ręki.

Wystarczy dać im szansę

Będą nas leczyć medycy bez nostryfikacji", „Uproszczony egzamin zamiast nostryfikacji", „Lekarze potrzebni od zaraz. Ale jak ze Wschodu, to nie..." – lektura nagłówków z ostatnich tygodni nie pozostawia wątpliwości, że temat budzi wielkie kontrowersje. Zdaniem komentatorów wybuch pandemii i widmo kadrowych pustek w szpitalach nie usprawiedliwia aż tak brawurowych i nieprzemyślanych ruchów ze strony rządzących.

Medyków ze Wschodu, szczególnie tych, którzy poświęcili wiele, by sprostać dotychczasowym wymogom nostryfikacyjnym, ta dyskusja boli, bo odbierają wypowiedzi polskich kolegów jako podważanie zaufania do ich umiejętności. – Przecież białoruscy lekarze są bardzo kompetentni, bo edukacja medyczna stoi tam na wysokim poziomie – mówi Aleś Zarembiuk, prezes Fundacji Dom Białoruski w Warszawie, m.in. wspierającej przyjeżdżających nad Wisłę represjonowanych Białorusinów. Reżim Aleksandra Łukaszenki uderzył bowiem również w medyków. – Lekarze uczestniczący w protestach są masowo zwalniani, a nawet trafiają do aresztów. Dla nich kariera w ojczyźnie się kończy, zamykają się przed nimi wszystkie drzwi – mówi Zarembiuk.

Tłumaczy, że w tej sytuacji „wielu wysokiej klasy specjalistów będzie szukało nowego miejsca do życia". – Część z nich zdecydowała się wyjechać ze świadomością, że kupują bilet w jedną stronę. Bo Łukaszenko zasugerował ostatnio, że osoby opuszczające kraj i wyjeżdżające do pracy do Polski „nie będą miały powrotu" – przypomina. I dodaje: – Jeśli Polska da im szansę pracy w zawodzie, zapewne tu zostaną i będą służyć polskim pacjentom.

Julia Trusiło i Wiaczesław Perec pracowali w jednym z mińskich szpitali, uciekli z Białorusi z powodów politycznych. Wiaczesław był członkiem sztabu wyborczego czołowej rywalki Łukaszenki Swiatłany Cichanouskiej, po wyborach 15 dni odsiedział w areszcie. Do ich mieszkania wkroczyły służby, przeprowadzono rewizje. Lekarzowi groziła sprawa karna, wyjechali więc z żoną do Polski. Zamieszkali w Krakowie. Od 13 listopada bezskutecznie szukają pracy w lokalnych szpitalach, nawet jako pomoc medyczna.

Wiaczesław jest epidemiologiem, Julia diagnostką laboratoryjną. – Nowa ustawa mówi, że trzeba mieć co najmniej trzyletnie doświadczenie. My takiego nie mamy. Jesteśmy świeżo po studiach – mówi „Plusowi Minusowi" Julia.

Oboje ukończyli Białoruski Uniwersytet Medyczny. W ojczyźnie wystawiono im rachunek o równowartości ponad 100 tys. zł; mają zapłacić państwu, bo po studiach nie przepracowali obowiązkowych dwóch lat w zawodzie. Nie mają powrotu do kraju rządzonego przez reżim Łukaszenki. – Chcielibyśmy dostać jakąkolwiek szansę, aby pozostać w medycynie – mówi Julia. Z mężem słyszeli, że nie jest to proste. – Ale w innym przypadku w Nowym Roku będziemy musieli iść do pracy do fabryki – przyznaje.

O trudach nostryfikacji dyplomu w Polsce krążą legendy. Wiktor Kobrin z Kijowa, który zamiast gabinetu dentystycznego otworzył restaurację, mówi, że mimo licznych zapowiedzi polityków pandemia zamiast uprościć biurokratyczne procedury związane z nostryfikacją jeszcze je skomplikowała i wydłużyła. Marat Iliasow, chirurg z Mińska, wciąż czeka na termin poprawki wrześniowego egzaminu. – Pisałem do różnych szpitali. Szukam pracy w zawodzie, chociaż jako praktykant. Zwróciłem się też do pobliskiej placówki medycznej w Białymstoku, gdzie jest oddział chirurgii ogólnej, ale wszędzie mi odpowiadają, że jeżeli nie mam odpowiednich zezwoleń, to w ogóle nie mogę pracować – tłumaczy.

Marat czeka też na egzamin z języka polskiego, również przełożony z powodu pandemii. Utrzymuje się dzięki wsparciu rodziców.

Lekarz w Biedronce

Dr n. med. Ewgenij Mozgunow, absolwent Uniwersytetu Medycznego w Czelabińsku, a dzisiaj anestezjolog w Opolu, od lat nagłaśnia problemy, z którymi borykają się w Polsce lekarze ze Wschodu. – Rocznie w Polsce nostryfikację dyplomu przechodzi pozytywnie 200–300 osób. Biorąc pod uwagę, że za pierwszym razem udaje się zaledwie 30–40 proc. ubiegających się, możemy podliczyć, że około tysiąca lekarzy pozostaje za burtą. Często lekarze specjaliści z zagranicy siedzą na kasach w Biedronce, pracują jako sanitariusze w szpitalach albo wydają ostatnie pieniądze, z którymi przyjechali do Polski. I takich osób może być obecnie ok. 1,5–2 tys. – mówi „Plusowi Minusowi".

Sam mieszka nad Wisłą od 2014 roku, powrót do zawodu zajął mu około dwóch lat i jest jednym z administratorów grupy „Nostryfikacja dyplomu medycznego w Polsce" na Facebooku zrzeszającej ponad 5 tys. lekarzy m.in. z Ukrainy, Białorusi i Rosji, którzy są w trakcie nostryfikacji albo już ją przeszli i pracują w naszym kraju. – Jeżeli rząd rzeczywiście chce zachęcić lekarzy z zagranicy do pracy w Polsce, to powinno się utworzyć jakąś instytucję rządową, która pomagałaby takim specjalistom w załatwieniu formalności prawnych oraz wspierałaby ich finansowo. Powinno się unifikować procedury nostryfikacji, których obecnie jest 15 i różnią się w zależności od wydziału medycznego – dodaje. Przekonuje, że pozyskanie jednego lekarza z zagranicy pozwoli państwu zaoszczędzić nawet milion złotych. – Tyle mniej więcej kosztuje wykształcenie lekarza w Polsce oraz jego rezydentura – mówi.

Nic dziwnego, że część lekarzy ze Wschodu nawet nie próbuje nostryfikować dyplomu. Pochodząca z rosyjskiej Ufy Julia Ławriszczewa mieszka u nas od ponad pięciu lat. Jest pediatrą. Mówi, że wystraszyła ją kłopotliwa biurokratyczna procedura oraz związane z nią wysokie koszty, które sięgają nawet kilku tysięcy złotych. Obecnie studiuje antropologię kultury na studiach magisterskich Uniwersytetu Śląskiego (wcześniej zrobiła też w Polsce licencjat). – Absurdalność sytuacji polega na tym, że będąc studentką i mając najlepsze oceny za rok na UŚ, uczestnicząc w konferencjach międzynarodowych, nie dostałam stypendium. Odmówiono mi przyznania go, bo mam wyższe wykształcenie zdobyte w Rosji. Ale przecież mojego medycznego wykształcenia w Polsce nikt nie uznaje – opowiada „Plusowi Minusowi" Ławriszczewa.

Podczas pierwszej fali pandemii bezskutecznie próbowała powrócić do zawodu. Gdy nadeszła druga fala i posypały się obietnice polityków dotyczące ułatwienia pracy lekarzom spoza UE, a w szczególności ze Wschodu, znów zgłosiła chęć pomocy. 26 października napisała do Szpitala Wojewódzkiego w Tychach i zaproponowała współpracę. Odpowiedzi nie dostała do dzisiaj. – Obecnie pracuję jako pediatra w jednym z prywatnych szpitali Moskwy, udzielając porad zdalnie – mówi Ławriszczewa. – Mogłabym pracować w Polsce jako pediatra albo pomagać w walce z pandemią jako asystent lekarza. Jestem do tego gotowa. Na wszelki wypadek uczęszczam na kursy językowe z terminologii medycznej.

Regulacje? Dla ochrony pacjenta

Wszyscy czekają na ustawę, która 30 listopada trafiła do marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego. Ten jednak nie kwapi się z jej procedowaniem świadomy sprzeciwu, jaki budzi w środowisku lekarskim, i wątpliwości opinii publicznej. Podczas grudniowego posiedzenia senackiej Komisji Zdrowia poświęconej projektowi jej przewodnicząca Beata Małecka-Libera (PO) wyraziła zaniepokojenie „kolejnym projektem poselskim, który bardzo mocno ingeruje w jakość świadczonych usług".

Małeckiej-Liberze, z wykształcenia lekarce ze specjalizacją z laryngologii, nie podoba się pomysł upraszczania kryteriów nostryfikacji. – Nie po to kształcimy naszych medyków zgodnie ze standardami europejskimi. I nie po to kształcimy naszych medyków, żebyśmy tych kadr nie wykorzystali. A są rezerwy. Środowisko lekarzy i pielęgniarek wskazuje na dużą grupę personelu, która jest wykształcona u nas, w Polsce, a w tej chwili z racji np. niezdanego egzaminu nie ma prawa do wykonywania zawodu – zauważyła.

Dodała, że jeżeli mamy sięgać po kadry spoza Polski, powinno się dać tym ludziom więcej czasu na odpowiednie przeszkolenie zawodowe i językowe. – Nikt w czasie epidemii nie ma czasu i możliwości nadzorowania osób, które – jak się okazuje – nie muszą nawet znać języka polskiego. To jest niedopuszczalne i z naszego punktu widzenia nie do zaakceptowania – przekonywała senator.

Projekt – przypomnijmy – przewiduje, że osobie, która uzyskała kwalifikacje poza terytorium UE, można będzie udzielić zgody na wykonywanie zawodu, jeśli złoży oświadczenie, że wykazuje znajomość języka polskiego wystarczającą do wykonywania powierzonego jej zakresu czynności zawodowych. To budzi zastrzeżenia ekspertów. – Prawidłowa komunikacja jest niezbędna do właściwego leczenia. Mogę sobie wyobrazić sytuację, w której medyk wyda pielęgniarce ze Wschodu polecenie podania leku, a ona pomyli dawkę na zabójczą – mówi dr Michał Bulsa, ginekolog-położnik z Naczelnej Rady Lekarskiej.

Jego obawy znajdują potwierdzenie w statystykach. Nawet medycy, którzy przystępowali do egzaminu z języka według starej ścieżki, a więc ci zmuszeni do przejścia procedury nostryfikacyjnej, nie najlepiej radzili sobie ze – zdaniem lekarskich samorządowców dość łatwym – sprawdzianem. W 2020 r. do egzaminu z polskiego w Naczelnej Izbie Lekarskiej przystąpiło 341 osób, z których oblała go ponad jedna czwarta (89 osób). Wśród zdających było 165 Ukraińców, 73 Białorusinów i 55 osób z obywatelstwem polskim, które edukację odbyły za granicą. Było też ośmiu Saudyjczyków, po sześciu Niemców i Amerykanów, trzech Rosjan i tyluż Ormian. Na egzamin zgłosił się także m.in. jeden Malezyjczyk.

Dla porównania w 2014 (przy setce zdających) i 2015 r. (105 osób) egzamin oblało 18 proc. przystępujących do niego, ale w 2016 r. już niespełna 10 proc. przy rekordowej liczbie 416 piszących. W 2017 r. tych, którym się nie powiodło, było jednak 24 proc. (z 223 osób), a rok później 21 proc. (na 63 osoby).

– Jeśli wystarczy oświadczenie o znajomości języka, to może przestańmy wymagać także dyplomu ukończenia studiów? Może wystarczy, że ktoś oświadczy, że jest lekarzem lub pielęgniarką i chce leczyć w Polsce – ironizuje dr Bulsa. I dodaje, że nie chodzi mu o medyków zza wschodniej granicy. – Mogą być i z Zachodu. Obawiamy się, że brak weryfikacji ich umiejętności będzie niebezpieczny dla pacjentów – dodaje.

– Każda para rąk do pracy jest na wagę złota, ale w Polsce zawód lekarza jest zawodem regulowanym właśnie po to, by zapewnić bezpieczeństwo pacjentom. Obniżenie standardów i zezwolenie na pracę bez znajomości języka i potwierdzenia kwalifikacji to deregulacja zawodu, która musi odbić się na chorych. Dlatego aktywnie przeciwko niej protestujemy – mówi dr Łukasz Jankowski, nefrolog, prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Zaznacza, że współpraca z kolegami z zagranicy, którzy zdali egzamin z języka polskiego i nostryfikowali dyplom, układa mu się bardzo dobrze. – Ich przykład pokazuje, że osoba mająca udowodnione kwalifikacje i potwierdzoną znajomość języka już przed wejściem ustawy mogła pracować w Polsce – zaznacza.

Nowe przepisy uderzą w niego osobiście. Wymuszają bowiem na prezesach okręgowych izb lekarskich wydanie cudzoziemcowi prawa wykonywania zawodu (PWZ) na podstawie kopii dyplomu, którego nie będzie w stanie zweryfikować jak dotychczas, kiedy kwalifikację potwierdzał egzamin nostryfikacyjny złożony na uniwersytecie medycznym. Szczególnie że będzie miał na to zaledwie siedem dni. Jeśli odmówi, obcokrajowiec będzie się mógł odwołać do ministra zdrowia, który PWZ każe wydać na zasadzie decyzji administracyjnej. – W ten sposób pozbawia się samorząd lekarski pewnej samorządności, która jest zagwarantowana w konstytucji – zauważa mec. Kajetan Komar-Komarowski, radca prawny, prawnik Zespołu Kryzysowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.