Tak, jakby jego autorka całkowicie świadomie chciała zagrać na emocjach. Bo czy określenie „pańska Polska" nie brzmi w naszych uszach, przyzwyczajonych do egalitarnej retoryki, zbyt kontrrewolucyjnie? Ale – jak można sądzić po reakcjach na jej publicystykę – Ewa Polak-Pałkiewicz, przez wiele lat dziennikarka i publicystka katolickich mediów, znana również czytelnikom „Plusa Minusa", sztukę wkładania kija w mrowisko opanowała do perfekcji.
Jej ostatnia publikacja też nie wzbudzi pewnie powszechnego uznania. Autorka w swoich esejach poszukuje bowiem ładu opierającego się na prostych, dziś już przez wielu zapomnianych, a przez innych wyszydzanych zasadach. W najbardziej lapidarnym skrócie można je określić: Bóg, honor, ojczyzna.
Ktoś kiedyś powiedział, że Ewa Polak-Pałkiewicz prowadzi swoistą politykę historyczną. I chyba można się z tą oceną zgodzić. Autorka tak dobiera bohaterów swoich tekstów, żeby na ich przykładzie pokazać czytelnikom, na czym polega służba Bogu i bliźnim – jakkolwiek patetycznie by to brzmiało. Jest przy tym uczciwa. Nie ukrywa swoich sympatii. Jest konserwatystką z krwi i kości, dlatego bliżej jej do przedstawicieli współczesnej polskiej prawicy. Z imienia i nazwiska wskazuje, kto – jej zdaniem – najlepiej dziś tę służbę wypełnia, a przynajmniej stara się to robić. To w tych ludziach pokłada nadzieję na możliwość powrotu owej tytułowej „pańskości".
Pojęcie to rozumie zresztą bardzo szeroko. Snuje więc opowieści zarówno o ludziach wysoko urodzonych (królowa Jadwiga, Helena z Broel-Platerów Mycielska, Zofia z Czartoryskich Zamoyska, Kazimiera Iłłakowiczówna, Romuald Traugutt, Jan Bułhak, Witold Pilecki – można wymienić o wiele więcej nazwisk), jak i o tych, w których żyłach nie płynęła błękitna krew, ale którzy zdobyli sobie szlachectwo swoją postawą (służąca Aniela Salwa, o. Maksymilian Kolbe, Żołnierze Wyklęci). Takie właśnie szlachectwo ducha – dowodzi autorka – jest czymś autentycznym, wartym pokazywania i promowania. Znajduje się ono w wyraźnej opozycji do dzisiejszego nuworyszostwa z jego palącą potrzebą epatowania szokująco drogimi gadżetami i całkowitym brakiem odpowiedzialności za dobro wspólne.
Z każdego niemal eseju Ewy Polak-Pałkiewicz przebija ta tęsknota za swoistą cywilizacyjną kontrrewolucją. „Komuniści bardzo pragnęli pozbawić Polskę obecności wszystkich, którzy tworzyli prawdziwą hierarchię, na szczycie której znajduje się Bóg, a która nie istnieje bez prawdy, dobra i piękna" – tłumaczy we wstępie. I nawet jeśli czasem ta tęsknota prowadzi ją na manowce (lament nad płatkami śniadaniowymi, które autorka uważa za „przedłużenie niemowlęctwa", mimo wszystko trochę śmieszy), nawet jeśli Polak-Pałkiewicz bywa zbyt idealistyczna w osądach, to jednak w większości przypadków rozczula. Snuje urokliwe opowieści o pięknych ludziach.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95