Reklama

Filmy, które wciąż bawią

Podczas festiwalu filmowego w Gdyni 88-letni mistrz komedii Tadeusz Chmielewski otrzyma Platynowe Lwy za całokształt twórczości. Jego życie też jest jak opowieść filmowa, nie zawsze jednak pogodna, choć on wspomina przeszłość z uśmiechem.

Aktualizacja: 16.08.2015 16:59 Publikacja: 14.08.2015 01:01

Twórców komedii Tadeusz Chmielewski porównuje do cyrkowców. – My, jak cyrkowcy, musimy bronić się sami – tłumaczy. – Nie pomaga nam tzw. ambitny temat. Balansujemy na linie pod kopułą. Robiąc salto w powietrzu, mamy nadzieję, że widzowie uchwycą nasz dowcip. Jeśli nie, to spadamy, a w dole nie ma rozpiętej siatki ochronnej. Trudno liczyć na wyciągniętą rękę. Zwłaszcza że Polacy lubią się śmiać, ale niekoniecznie z siebie.

Dzisiaj komedie święcą na ekranach triumfy. Stają się kasowymi przebojami, a ich twórcy chodzą w glorii tych, którzy potrafią nawiązać kontakt z publicznością. Jednak przez wiele lat ludzie próbujący widzów rozśmieszyć czuli się w naszej kinematografii jak artyści drugiego gatunku.

– W PRL komedii nie szanowano – mówi autor filmów „Ewa chce spać", „Gdzie jest generał?", „Jak rozpętałem II wojnę światową". – Najlepszym dowodem jest los Staszka Barei. Dzisiaj z jego filmów dowiadujemy się więcej o Polsce niż z niejednego dramatu. A przecież zawsze był źle traktowany przez krytyków i, co jeszcze bardziej przykre, przez kolegów. Ukuto nawet takie pogardliwe określenie „bareizm".

A widzowie? Tadeusz Chmielewski mówi, że jedno z najzabawniejszych wspomnień wyniósł z kina, gdzie wyświetlano „Nie lubię poniedziałku". Siedział niedaleko młodego mężczyzny, który pokładał się ze śmiechu, cały czas mrucząc coś pod nosem: „O Jezu, jakie głupoty! Chryste, co za idiotyzmy!". Tak, jakby sam przed sobą się usprawiedliwiał, że się dobrze bawi.

Tymczasem komedia jest gatunkiem filmowym, który wymaga precyzji, taktu i wyczucia smaku. – Scenariusz trzeba przerabiać wiele razy – mówi. – Zawsze powtarzałem swoim studentom, że niełatwo jest opowiedzieć dowcip. Załóżmy najbardziej prymitywną sytuację. Jeden facet kopie drugiego w tyłek. W pewnej konwencji zabawne, lecz gruboskórne. Ale jeśli kopiący jest mały, a kopany jest wielkoludem, wszystko wygląda inaczej. A jeszcze załóżmy, że kopiący to sierżant, a kopany generał, i scena nabiera nowych znaczeń.

Reklama
Reklama

Pokolenie wojny

Urodził się 7 czerwca 1927 roku w Tomaszowie Mazowieckim. Jego ojciec był policjantem, matka pracowała w przędzalni wytwórni dywanów, potem w mieszczącej się pod miastem fabryce sklejki.

– Pochodziłem ze skromnej rodziny – mówi. – Wyrosłem w jednoizbowych mieszkaniach, aż wreszcie ojciec za niewielkie pieniądze kupił domek, pozostawiony przez wyjeżdżających do Rzeszy Niemców. Wprowadziliśmy się do niego w czerwcu 1939 roku. Szczęście się do nas uśmiechnęło.

Uśmiechało się tylko przez dwa miesiące. 1 września 12-letni Tadeusz szykował się do pójścia do siódmej klasy. Opowiadając zaś dziś o wojennych losach, co chwilę wzdycha: „To materiał na osobny scenariusz".

Najpierw była tułaczka na Wschód. Pięć dni po rozpoczęciu wojny ojciec, razem z całym posterunkiem, dostał nakaz ewakuacji. W chłopięcej pamięci została droga pod rumuńską granicę i desperacki powrót do domu, przez Brześć, który po 17 września został zaanektowany przez Związek Radziecki i przekazany Białorusi. Brześć to było piekło: tysiące polskich oficerów i żołnierzy wziętych przez Rosjan do niewoli, dziesiątki tysięcy ludzi koczujących, gdzie się dało, próbujących się przedostać do Polski.

Chmielewscy przeszli przez granicę w grudniowym mrozie, w śniegu po kolana, wśród rac, wystrzałów, płaczu kobiet i dzieci. A gdy dotarli do Tomaszowa, w ich domu zainstalował się dawny niemiecki właściciel, już w mundurze. Potem 14-letni Tadeusz dostał nakaz pracy, więc następne wspomnienia zachowane w pamięci to zakład ślusarski, kolega, który wciągnął go do konspiracji. Dwaj Rosjanie, którzy okazali się agentami Abwehry, i seria wpadek: oddział, z którego prawie nikt nie ocalał.

Rok 1945 niesie następne traumatyczne wspomnienia. Przede wszystkim wejście wojsk radzieckich i pijany Rosjanin, który załomotał w drzwi, pytając o wódkę.

Reklama
Reklama

– Nigdy sobie nie wybaczę, że wtedy ojca zawołałem. Ruski wódkę wypił i okazał się z kontrwywiadu. Ojca aresztowali. UB od pierwszego dnia czyściło „wrogie elementy" – wspomina.

Sam uciekł na Kielecczyznę, do wsi Miedzierza. Potem do Szczecina. Kilka tygodni przed przyznaniem go Polsce. Tam, w Urzędzie Repatriacyjnym, od razu zaoferowano mu robotę. W legitymacji wpisano: referent gospodarczy. Naprawdę pracował jako ślusarz, otwierał dziesiątki drzwi, szaf, sejfów, nawet kas pancernych w poniemieckich urzędach. A po godzinie 16, jak całe pokolenie, nadrabiał stracony w wojennej zawierusze czas. Zapisał się do Ligi Morskiej i do szkoły szybowcowej, a poza tym się uczył. Zrobił trzy lata w gimnazjum dla dorosłych, potem liceum. I zdał maturę.

– Skąd wzięła się szkoła filmowa? – pytam.

– Zawsze lubiłem pisać – odpowiada. – Marzyłem o dziennikarstwie, ale bałem się upolitycznienia tego zawodu, dlatego postanowiłem wymyślać historie dla filmowców. W Szczecinie znalazłem kiedyś poniemiecką księgę pamiątkową. Olbrzymią, ozdobną, z kartkami zapisanymi tylko po jednej stronie. Na wolnych stronach naskrobałem scenariusz o partyzantach, który posłałem do szkoły filmowej. Wyobrażam sobie, jaką ta kolubrynowata przesyłka musiała wzbudzić sensację. Ale przeczytał to wspaniały człowiek – Antoni Bohdziewicz. I zrobił ze mnie filmowca.

Chmielewski zdał egzamin. Nie było wtedy wydziału scenariopisarstwa, za namową Bohdziewicza został na reżyserii. Był drugim rocznikiem studentów, którzy trafili do Łodzi: – Mieszkaliśmy w internacie, jedliśmy w szkolnej stołówce, praliśmy w szkolnej pralni. Mogliśmy tygodniami nie wychodzić na miasto. Istniał dla nas tylko film, film, film...

Ten czas był dla chłopca z Tomaszowa Mazowieckiego trudny: – Nie pochodziłem z inteligenckiej rodziny, nie miałem za sobą dobrej szkoły. Brakowało mi obycia. Moi elokwentni i swobodni koledzy onieśmielali mnie.

Reklama
Reklama

Kino z uśmiechem

Pracował dwa razy ciężej niż inni, żeby nadrobić dystans. Któregoś dnia przeczytał „Cenę barykady" Jerzego Lutowskiego. Kilka nowelek o Powstaniu Warszawskim. Do autora zgłosili się z nim dwaj inni studenci: Janusz Morgenstern i Kazimierz Kutz. Chcieli razem nakręcić nowelowy film, napisali z Lutowskim scenariusz. On miał zrobić opowieść o chłopcu, który w powstaniu chciał się przedrzeć przez miasto do matki. Niósł jej bochenek chleba, bo bał się, że głoduje.

– Opowiadanie Lutowskiego wzrusza do dzisiaj – wzdycha reżyser. – Ale były lata 50. Decydenci stwierdzili, że scenariusz nie niesie oceny powstania i nic nie mówi o „zdradzie Bora-Komorowskiego".

Od ostatniego roku studiów Chmielewski pracował jako asystent. – Teraz młodzi nie chcą bawić się w asystowanie innym – mówi. – A to fantastyczna szkoła pomagająca odnaleźć się w dużej grupie twórczej.

Po trzech latach terminowania Tadeusz Chmielewski zadebiutował jako samodzielny reżyser. – Chciałem znaleźć temat, który nie zahaczał o politykę, żeby mi się nie wtrącała partia – opowiada. – Nie było to proste, w tamtym czasie polityczne było wszystko. Któregoś dnia czytam w gazecie historyjkę, że przyjechał chłopak do Łodzi i nie miał gdzie spać. Milicjanci zaczęli się nim opiekować. Napisałem scenariusz, ale jego bohaterką była dziewczyna.

Tak powstała „Ewa chce spać", która uchodzi za jedną z najzabawniejszych polskich komedii wszech czasów. Zachwycili się nią widzowie i krytycy, Chmielewski dostał nagrody na festiwalach w San Sebastian i Mar del Plata, ale droga do sukcesu nie była łatwa.

Reklama
Reklama

Akcja filmu toczyła się w nocy. Dzisiaj efekt ciemności osiąga się za pomocą odpowiedniego oświetlenia i sztuczek komputerowych. Wtedy, we Wrocławiu, naprawdę pracowali nocami.

– Po dwóch tygodniach materiały obejrzał mój szef Jerzy Zarzycki – wspomina. – Wezwał mnie do Łodzi, gdzie odbył się nade mną sąd. „Materiały są skandaliczne – oznajmił Zarzycki. – Najlepiej, żeby pan zachorował. Przerwiemy zdjęcia, pan wyjdzie z tego z honorem, a my nie będziemy tracić pieniędzy". Wracałem samochodem. Zatrzymaliśmy się gdzieś w lesie, z pół godziny sobie popłakałem i... zaciąłem się. Z Wrocławia zatelefonowałem do Łodzi: „Nie przerwę zdjęć. Jak chcecie, możecie to zrobić sami". Kręciłem dalej i skończyłem film. Po kolaudacji wszyscy podlecieli do Zarzyckiego, żeby mu gratulować. I trzeba przyznać, że zachował się lojalnie: „Panowie, to nie ja. Tu jest reżyser".

„Ewa chce spać" to historia naiwnej dziewczyny, która w przeddzień inauguracji roku szkolnego nie zostaje wpuszczona do internatu, szuka więc schronienia na jedną noc. Chmielewski połączył groteskę z zabawnymi społecznymi obserwacjami. Rewelacją stała się młoda odtwórczyni głównej roli Barbara Kwiatkowska.

W latach 60. Tadeusz Chmielewski zaczął uchodzić za specjalistę od komedii. W „Walecie pikowym" nieszczęśliwe zakochany facet, który wycofał się z życia i zaszył w latarni morskiej, zamieniał się w detektywa. Wszystko utrzymane było w stylu parodii filmów Macka Sennetta. I nie wyszło. Jedni oczekiwali więcej, inni przyjęli pryncypialne, partyjne pozycje, nie godząc się na takie „nieideologiczne" zabawy. Ale wojenny „Gdzie jest generał?" odniósł sukces. Reżyser kpił ze stereotypów, śmiejąc się z fajtłapowatego polskiego wojaka i herodowatej Rosjanki.

Chmielewski wspomina, jak w czasie premiery siedział obok ówczesnego szefa kinematografii Tadeusza Zaorskiego: – Nagle poczułem, że wciska mi w rękę jakiś papier. To była strona tytułowa scenariusza z opiniami kolegów. 12 osób nie chciało skierować filmu do realizacji. Pod spodem był podpis „Zatwierdzam, Zaorski". „Generała" zawdzięczałem więc tylko jemu.

Reklama
Reklama

Potem były „Pieczone gołąbki" o młodym poecie, który swoimi piosenkami ma przełamać marazm panujący wśród pracowników stacji pomp. Film określono jako „realistyczną komedię surrealistyczną". Skąd wziął się realizm – wiadomo. A surrealizm? Wpisany był w socjalistyczne układy.

Kultowe komedie

W 1970 roku odbyła się premiera komedii Chmielewskiego „Jak rozpętałem II wojnę światową". Scenariusz oparł on na książce „Przygody kanoniera Dolasa" Kazimierza Sławińskiego, ale wziął z niej niewiele: Legię Cudzoziemską, kilka zabawnych scen. Resztę wymyślił: przede wszystkim pierwszą sekwencję, w której prosty szeregowiec jest przekonany, że niefortunnym strzałem wywołał II wojnę światową. Od tej pory cały czas się boi, że jego sekret się wyda, ale też ma poczucie winy i próbuje swój grzech odpokutować.

– Gdy minister się dowiedział o tym projekcie, spytał, gdzie będę kręcił. „Może w ZSRR" – mówię. „Świetnie" – ucieszył się. – Podpisaliśmy z Rosjanami dwustronną umowę. Oni nie mają u siebie Europy, więc chętnie przyjeżdżają do nas na zdjęcia. A my nie jeździmy do nich. Są nam winni masę pieniędzy". Pracowaliśmy w Jałcie, Soczi, Suchumi, Baku. Łatwo nie było, Rosjanom płacili dniówki, więc robili wszystko, żeby przedłużyć okres zdjęciowy, a nam zależało na tempie.

„Jak rozpętałem II wojnę światową" zostało nakręcone na czarno-białej taśmie. – Na ekranie partyzanci umierali, brocząc czerwoną krwią, ale usłyszałem: „Kolor dla takiej błahej komedii?". I tak nasz film stracił jakiekolwiek szanse eksportowe – żali się reżyser.

Projekt zaplanowany na dwa odcinki rozrósł się na planie i Chmielewski postanowił przygotować trzy jego części. – Władze kinematografii powinny być zadowolone – mówi. – Za te same pieniądze miały trzy filmy, nie dwa. Ale paradoksalnie, ukarano mnie. Nie dostałem honorarium za trzecią część, obcięto wszystkie premie. Za to potem pytano mnie, dlaczego nie zrobiłem czwartej części? A ja nie chciałem, żeby Dolas walczył u boku Ruskich.

Reklama
Reklama

W „Jak rozpętałem II wojnę światową" Chmielewski grał narodowymi stereotypami. Krytycy zżymali się, a publiczność była zachwycona. Do dzisiaj film jest wyświetlany w różnych stacjach telewizyjnych. A w roku 2000 zyskał to, czego nie udało się załatwić pod koniec lat 60.: został pokolorowany, w hollywoodzkiej firmie Dynacs Digital.

Po premierze opowieści o Franku Dolasie reżyser postanowił odpocząć. Miał dom niewykończony od 20 lat. Jednak zadzwonił Jerzy Kawalerowicz: „Nowy minister Czesław Wiśniewski wzywa kolejno wszystkie zespoły filmowe, chce wiedzieć, co będziemy robić".

– Nie chciałem robić niczego – wspomina Chmielewski. Ale siedzimy w gabinecie ministra, koledzy opowiadają o swoich planach, przychodzi moja kolej i wymyślam cokolwiek: „Panie ministrze, mam pomysł, niestety, niełatwy. Widziałem japońską animację, w której była cała masa bohaterów, stale śledzimy tam kogoś nowego. Chciałbym zrealizować podobny film". A następnego dnia dzwoni Kawalerowicz: „Masz zatwierdzony scenariusz filmu". „Jakiego filmu? – pytam. –Przecież nie ma żadnego scenariusza!" Za chwilę dostaję informację, że już są pieniądze, film został skierowany do produkcji. To co miałem robić? Zajrzałem do luźnych notatek, które robiłem przez lata, przesiedziałem kilka nocy i coś skleciłem. Prawie z płaczem wyjechałem na plan. Myślałem, że może uratuje mnie montażysta.

Tak powstała świetna komedia o Włochu, który przyjeżdża do Warszawy w sprawach handlowych i na skutek zbiegu okoliczności zostaje w obcym mieście sam. A obok niego było w „Nie lubię poniedziałku" kilkunastu innych bohaterów: taksówkarz robiący puste kursy, nadpobudliwa seksualnie ekspedientka, milicjant opiekujący się małym synkiem. I Bohdan Łazuka grający wstawionego artystę, który po libacji nie potrafi wrócić do domu. Scena jego chybotliwego marszu z korbką włożoną w tory tramwajowe przeszła do historii. Ale najważniejszym bohaterem była Warszawa: pełna absurdów i socjalistycznej nowomowy sączącej się z ekranów telewizorów, ale też pełna tęsknot ludzi szukających miejsca w tym nie najłatwiejszym ze światów.

Są też w dorobku reżysera dwa tytuły zupełnie inne. Ogromnie udane. Nakręcony pod koniec lat 70. „Wśród nocnej ciszy" to jeden z najlepszych filmów sensacyjnych, jakie powstały w Polsce. Akcję książki „Śledztwo prowadzi radca Heumann" Ladislava Fuksa Chmielewski przeniósł do Polski międzywojennej. Zrobił intrygujący thriller z mroczną atmosferą, tajemnicą, z ciekawie zarysowanymi postaciami i wielkim, ludzkim dramatem. Szef policji Herma prowadzi śledztwo w sprawie seryjnych morderstw na dzieciach. Ślady zaczynają nieubłaganie prowadzić właśnie do jego własnego syna, 15-letniego Wiktora z problemami psychicznymi, którego po samobójstwie żony sam wychowuje.

– Pracowałem nad tym filmem przez 24 godziny na dobę. Dopisywałem sceny, stale coś zmieniałem, dostosowywałem sytuacje do aktorów. Tym bardziej mi przykro, że „Wśród nocnej ciszy" prawie nikt nie widział. Na Śląsku powiedzieli: „Nie może być tak, że ojciec zabija syna". Partia zakazała pokazywania filmu.

Koledzy i widzowie też się specjalnie o nowy projekt Chmielewskiego nie upominali. Był koniec lat 70., triumfy święciło kino moralnego niepokoju, czuło się już atmosferę, która doprowadziła potem do wybuchu „Solidarności". „Wśród nocnej ciszy" w ten nurt się nie wpisywał. Też dotykał problemu totalitaryzmu, pokazywał skomplikowane, międzyludzkie układy, ale nie było w nim modnego i ważnego wówczas „tu i teraz".

Drugim nietypowym, lecz ważnym filmem Chmielewskiego była „Wierna rzeka". Tej powieści Stefana Żeromskiego, podobnie jak „Przedwiośnia", władze PRL bały się jak ognia.

– Scenariusz był przedstawiany chyba dziewięć razy – opowiada reżyser. – Już na początku lat 60. miał ekranizować „Wierną rzekę" Stanisław Lenartowicz. Wybudowano dekoracje, aktorzy przyjechali do Wrocławia, gdy produkcję osobiście wstrzymał Gomułka. Powiedział ponoć, że nie będą się za nasze pieniądze kochać w polskich dworkach. Bano się też podsycania animozji polsko-rosyjskich. Potem były kolejne podejścia, m.in. Andrzeja Wajdy i Edwarda Żebrowskiego. Mnie namówiła żona, ale sam też chciałem zrobić „poważny" film. My, twórcy komedii, mamy w sobie dziwne kompleksy, tęsknimy za sztuką przez duże S, chcemy udowadniać sobie i innym, że potrafimy.

Zaczął przygotowywać „Wierną rzekę" w czasach „Solidarności", kiedy zelżała cenzura. Chciał zrobić film o powiewie wolności. Pominął w adaptacji martyrologię, skupił się na postaci Salomei Brynickiej, wolał pokazać patriotyzm i tęsknotę za wolnością, jaka tkwi w ludziach. I dramat pokolenia, które nadzieje wiązało z wydarzeniami roku 1863.

Tematyka powstania styczniowego była mu zresztą bliska od dzieciństwa. – Jeszcze w Tomaszowie odwiedziłem kiedyś w domu moją nauczycielkę – opowiada. – Poznałem wtedy jej matkę staruszkę i ona opowiadała mi o powstaniu, w którym uczestniczyła. Na wyobraźnię dziewięciolatka podziałało to niesamowicie. Już po wojnie dalej dokumentowałem tamte wydarzenia, a w czasach studenckich znalazłem w starych rocznikach lwowskiego „Czasu" wspomnienia powstańców.

Nie zdążył jednak zacząć zdjęć w czasie odwilży. A w 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, „Wierna rzeka" znów została uznana za projekt ryzykowny i niebezpieczny.

– Zmieniali się wtedy ministrowie kultury, ale każdy bał się tak samo. Najpierw usłyszałem sugestie, żeby zostawić politykę, a nakręcić romans. A potem stale mi zatrzymywano zdjęcia. Minister Stefański sugerował, by nie było widać, z kim Polacy walczą, a swoje dywagacje skończył radą: „Reżyserując, trzeba myśleć". Kolejny szef od kinematografii, Jerzy Bajdor, nie krył oburzenia: „Jakim prawem skończył pan film trzykrotnie wstrzymywany?!". Zdjęcia też szły jak po grudzie. Kłopot mieliśmy nawet z rekwizytami. Nie mogliśmy wykorzystać prawdziwej broni. Wszystkie karabiny były drewniane, a i tak codziennie wieczorem musieliśmy te atrapy oddawać milicji. Z kolei jeden z aktorów stwierdził nagle, że nie będzie grał z innym, bo tamten jest partyjny. Taki to był czas.

„Wierna rzeka" była gotowa w 1983 roku, jej premiera odbyła się w drugiej połowie roku 1987. Film leżał na półce cztery lata.

Życie zespołowe

Od tamtej pory Tadeusz Chmielewski nie stanął za kamerą. – I świat się nie zawalił – mówi dzisiaj. – Jest jakaś megalomania w poczuciu, że człowiek musi tworzyć, że wszyscy na jego dzieła czekają.

Długo jeszcze za to produkował filmy kolegów. Przez całe zawodowe życie związany był z zespołami. Zaczynał karierę w Starcie Wandy Jakubowskiej, potem był w Kadrze Jerzego Kawalerowicza.

Dzisiaj nie ukrywa, że nosi w sobie zadrę. A było tak: chciał ekranizować „Chłopca o 13 ojcach" Aleksandra Rody. – Kawalerowiczowi pomysł się spodobał, to był świetny materiał na obyczajową komedię – mówi Chmielewski. – Pojechałem na wakacje nad Adriatyk, napisałem scenariusz. I któregoś dnia odbieram telefon: Włosi są zainteresowani koprodukcją, proponują mi 18 tysięcy dolarów wynagrodzenia. Dla mnie to nieprawdopodobny majątek! Wracam szczęśliwy do kraju i widzę, że szef ekonomiczny zespołu Edward Zajicek nabiera wody w usta. Dzwonię do Włocha, a on twierdzi, że przyszła informacja, że ja się z tego projektu wycofuję. A Zajicek mówi: „Nie będziemy w to wchodzić. To są kpiny ze Słowiańszczyzny".

Chmielewski obraził się, nie chciał dalej być w Kadrze. – Wajdzie wtedy nie zatwierdzali Zespołu X, bo w myśl zasad musiał mieć zastępcę: reżysera I kategorii. A wokół niego skupili się młodzi twórcy. Więc poszedłem ja.

W Zespole X powstały dwa jego ostatnie filmy: „Wśród nocnej ciszy" i „Wierna rzeka", ale po jakimś czasie dostał od Andrzeja Wajdy list, z którego wynikało, że mistrz chciał na swojego zastępcę powołać Krzysztofa Kieślowskiego.

– Potem rozmawiałem z Kieślowskim. Powiedział, że między nim a Wajdą nigdy nie było na ten temat mowy – mówi Tadeusz Chmielewski.

To druga zadra, jaka w nim została po tamtym czasie. Za to w 1984 roku sam stanął na czele zespołu. Przejął Silesię, która wówczas zamieniła się w Oko. Prowadził ten zespół, a potem studio aż do roku 2011. Chmielewski potrafił dostrzec talent outsiderów. To tutaj pierwsze filmy kręciła Dorota Kędzierzawska, tutaj powstało kilka pięknych, „zamyślonych" opowieści Andrzeja Barańskiego. Tu Janusz Kijowski zrealizował „Stan strachu", a Jacek Bromski cykl „U Pana Boga... ".

Dzisiaj Tadeusz Chmielewski żyje spokojnie na warszawskiej Sadybie, gdzie przed laty kupił tu dom. Pokazuje mi wysoką jodłę.

– To drzewo sam zasadziłem – mówi. – Kiedy się wprowadzaliśmy, było tu pole. Pustka. A dzisiaj Sadyba taka piękna. I Warszawa jest piękna. Cieszę się, że dożyłem tej chwili. Że mogłem doświadczyć nowego świata. Czasem myślę: ludzie, nie narzekajcie. Trzeba przeżyć to wszystko, co my przeżyliśmy, żeby dostrzegać, w jak świetnym kraju mieszkamy i w jak dobrym kierunku idziemy.

Lubi swoją prywatność: ogródek, taras, na którym można usiąść wśród zieleni i wypić kawę, dużego wilczura szczekającego na obcych. Spokój. A przede wszystkim żonę, Halinę Chmielewską. Tę samą od 60 lat. Poznali się podczas studiów w łódzkiej szkole. Przeszli razem przez życie, razem pracowali. – Zawsze była moim trzecim okiem i trzecim uchem – mówi.

Prywatność to także córka Agata, która jest grafikiem i autorką książki „Trudne słowa". – To urocza, optymistyczna i pełna radości opowieść, którą gorąco wszystkim polecam – dodaje z dumą ojciec.

Pytam, czy naprawdę nie brakuje mu kina. Młodszy tylko o rok Andrzej Wajda wciąż pracuje.

– Już o tym nie myślę – wyznaje. – Dzisiejsze komedie mi się nie podobają, a to, co widzę w telewizji, zupełnie do mnie nie przemawia. Zresztą przyszły następne pokolenia. Świetne. Ale czuję satysfakcję, kiedy wraca „Nie lubię poniedziałku" i ludzie się śmieją. Albo jak słyszę, że wciąż ich bawią perypetie Franka Dolasa.

Tadeusz Chmielewski odbierze we wrześniu Platynowe Lwy za całokształt twórczości. – Pewnie, że się cieszę – mówi. – Przyznając mi tę nagrodę, twórcy uznali, że też należę do tego samego kina, które dziś odnosi wielkie sukcesy w świecie. To prawdziwa radość.

felietony
Bogusław Chrabota: Grenlandia, Wenezuela. Donald Trump w rozkroku
Plus Minus
„Echo wydarzeń”: Spojrzenie w przeszłość
Plus Minus
„Podpalacz”: Warszawa w ogniu
Plus Minus
„Polska Rzeczpospolita Leśna , czyli jak Lasy Państwowe stały się z państwem w państwie”: Leśny problem
Plus Minus
„Święta Barbora”: Zło bez klucza
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama