W „Jak rozpętałem II wojnę światową" Chmielewski grał narodowymi stereotypami. Krytycy zżymali się, a publiczność była zachwycona. Do dzisiaj film jest wyświetlany w różnych stacjach telewizyjnych. A w roku 2000 zyskał to, czego nie udało się załatwić pod koniec lat 60.: został pokolorowany, w hollywoodzkiej firmie Dynacs Digital.
Po premierze opowieści o Franku Dolasie reżyser postanowił odpocząć. Miał dom niewykończony od 20 lat. Jednak zadzwonił Jerzy Kawalerowicz: „Nowy minister Czesław Wiśniewski wzywa kolejno wszystkie zespoły filmowe, chce wiedzieć, co będziemy robić".
– Nie chciałem robić niczego – wspomina Chmielewski. Ale siedzimy w gabinecie ministra, koledzy opowiadają o swoich planach, przychodzi moja kolej i wymyślam cokolwiek: „Panie ministrze, mam pomysł, niestety, niełatwy. Widziałem japońską animację, w której była cała masa bohaterów, stale śledzimy tam kogoś nowego. Chciałbym zrealizować podobny film". A następnego dnia dzwoni Kawalerowicz: „Masz zatwierdzony scenariusz filmu". „Jakiego filmu? – pytam. –Przecież nie ma żadnego scenariusza!" Za chwilę dostaję informację, że już są pieniądze, film został skierowany do produkcji. To co miałem robić? Zajrzałem do luźnych notatek, które robiłem przez lata, przesiedziałem kilka nocy i coś skleciłem. Prawie z płaczem wyjechałem na plan. Myślałem, że może uratuje mnie montażysta.
Tak powstała świetna komedia o Włochu, który przyjeżdża do Warszawy w sprawach handlowych i na skutek zbiegu okoliczności zostaje w obcym mieście sam. A obok niego było w „Nie lubię poniedziałku" kilkunastu innych bohaterów: taksówkarz robiący puste kursy, nadpobudliwa seksualnie ekspedientka, milicjant opiekujący się małym synkiem. I Bohdan Łazuka grający wstawionego artystę, który po libacji nie potrafi wrócić do domu. Scena jego chybotliwego marszu z korbką włożoną w tory tramwajowe przeszła do historii. Ale najważniejszym bohaterem była Warszawa: pełna absurdów i socjalistycznej nowomowy sączącej się z ekranów telewizorów, ale też pełna tęsknot ludzi szukających miejsca w tym nie najłatwiejszym ze światów.
Są też w dorobku reżysera dwa tytuły zupełnie inne. Ogromnie udane. Nakręcony pod koniec lat 70. „Wśród nocnej ciszy" to jeden z najlepszych filmów sensacyjnych, jakie powstały w Polsce. Akcję książki „Śledztwo prowadzi radca Heumann" Ladislava Fuksa Chmielewski przeniósł do Polski międzywojennej. Zrobił intrygujący thriller z mroczną atmosferą, tajemnicą, z ciekawie zarysowanymi postaciami i wielkim, ludzkim dramatem. Szef policji Herma prowadzi śledztwo w sprawie seryjnych morderstw na dzieciach. Ślady zaczynają nieubłaganie prowadzić właśnie do jego własnego syna, 15-letniego Wiktora z problemami psychicznymi, którego po samobójstwie żony sam wychowuje.
– Pracowałem nad tym filmem przez 24 godziny na dobę. Dopisywałem sceny, stale coś zmieniałem, dostosowywałem sytuacje do aktorów. Tym bardziej mi przykro, że „Wśród nocnej ciszy" prawie nikt nie widział. Na Śląsku powiedzieli: „Nie może być tak, że ojciec zabija syna". Partia zakazała pokazywania filmu.
Koledzy i widzowie też się specjalnie o nowy projekt Chmielewskiego nie upominali. Był koniec lat 70., triumfy święciło kino moralnego niepokoju, czuło się już atmosferę, która doprowadziła potem do wybuchu „Solidarności". „Wśród nocnej ciszy" w ten nurt się nie wpisywał. Też dotykał problemu totalitaryzmu, pokazywał skomplikowane, międzyludzkie układy, ale nie było w nim modnego i ważnego wówczas „tu i teraz".
Drugim nietypowym, lecz ważnym filmem Chmielewskiego była „Wierna rzeka". Tej powieści Stefana Żeromskiego, podobnie jak „Przedwiośnia", władze PRL bały się jak ognia.
– Scenariusz był przedstawiany chyba dziewięć razy – opowiada reżyser. – Już na początku lat 60. miał ekranizować „Wierną rzekę" Stanisław Lenartowicz. Wybudowano dekoracje, aktorzy przyjechali do Wrocławia, gdy produkcję osobiście wstrzymał Gomułka. Powiedział ponoć, że nie będą się za nasze pieniądze kochać w polskich dworkach. Bano się też podsycania animozji polsko-rosyjskich. Potem były kolejne podejścia, m.in. Andrzeja Wajdy i Edwarda Żebrowskiego. Mnie namówiła żona, ale sam też chciałem zrobić „poważny" film. My, twórcy komedii, mamy w sobie dziwne kompleksy, tęsknimy za sztuką przez duże S, chcemy udowadniać sobie i innym, że potrafimy.
Zaczął przygotowywać „Wierną rzekę" w czasach „Solidarności", kiedy zelżała cenzura. Chciał zrobić film o powiewie wolności. Pominął w adaptacji martyrologię, skupił się na postaci Salomei Brynickiej, wolał pokazać patriotyzm i tęsknotę za wolnością, jaka tkwi w ludziach. I dramat pokolenia, które nadzieje wiązało z wydarzeniami roku 1863.
Tematyka powstania styczniowego była mu zresztą bliska od dzieciństwa. – Jeszcze w Tomaszowie odwiedziłem kiedyś w domu moją nauczycielkę – opowiada. – Poznałem wtedy jej matkę staruszkę i ona opowiadała mi o powstaniu, w którym uczestniczyła. Na wyobraźnię dziewięciolatka podziałało to niesamowicie. Już po wojnie dalej dokumentowałem tamte wydarzenia, a w czasach studenckich znalazłem w starych rocznikach lwowskiego „Czasu" wspomnienia powstańców.
Nie zdążył jednak zacząć zdjęć w czasie odwilży. A w 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, „Wierna rzeka" znów została uznana za projekt ryzykowny i niebezpieczny.
– Zmieniali się wtedy ministrowie kultury, ale każdy bał się tak samo. Najpierw usłyszałem sugestie, żeby zostawić politykę, a nakręcić romans. A potem stale mi zatrzymywano zdjęcia. Minister Stefański sugerował, by nie było widać, z kim Polacy walczą, a swoje dywagacje skończył radą: „Reżyserując, trzeba myśleć". Kolejny szef od kinematografii, Jerzy Bajdor, nie krył oburzenia: „Jakim prawem skończył pan film trzykrotnie wstrzymywany?!". Zdjęcia też szły jak po grudzie. Kłopot mieliśmy nawet z rekwizytami. Nie mogliśmy wykorzystać prawdziwej broni. Wszystkie karabiny były drewniane, a i tak codziennie wieczorem musieliśmy te atrapy oddawać milicji. Z kolei jeden z aktorów stwierdził nagle, że nie będzie grał z innym, bo tamten jest partyjny. Taki to był czas.
„Wierna rzeka" była gotowa w 1983 roku, jej premiera odbyła się w drugiej połowie roku 1987. Film leżał na półce cztery lata.
Życie zespołowe
Od tamtej pory Tadeusz Chmielewski nie stanął za kamerą. – I świat się nie zawalił – mówi dzisiaj. – Jest jakaś megalomania w poczuciu, że człowiek musi tworzyć, że wszyscy na jego dzieła czekają.
Długo jeszcze za to produkował filmy kolegów. Przez całe zawodowe życie związany był z zespołami. Zaczynał karierę w Starcie Wandy Jakubowskiej, potem był w Kadrze Jerzego Kawalerowicza.
Dzisiaj nie ukrywa, że nosi w sobie zadrę. A było tak: chciał ekranizować „Chłopca o 13 ojcach" Aleksandra Rody. – Kawalerowiczowi pomysł się spodobał, to był świetny materiał na obyczajową komedię – mówi Chmielewski. – Pojechałem na wakacje nad Adriatyk, napisałem scenariusz. I któregoś dnia odbieram telefon: Włosi są zainteresowani koprodukcją, proponują mi 18 tysięcy dolarów wynagrodzenia. Dla mnie to nieprawdopodobny majątek! Wracam szczęśliwy do kraju i widzę, że szef ekonomiczny zespołu Edward Zajicek nabiera wody w usta. Dzwonię do Włocha, a on twierdzi, że przyszła informacja, że ja się z tego projektu wycofuję. A Zajicek mówi: „Nie będziemy w to wchodzić. To są kpiny ze Słowiańszczyzny".
Chmielewski obraził się, nie chciał dalej być w Kadrze. – Wajdzie wtedy nie zatwierdzali Zespołu X, bo w myśl zasad musiał mieć zastępcę: reżysera I kategorii. A wokół niego skupili się młodzi twórcy. Więc poszedłem ja.
W Zespole X powstały dwa jego ostatnie filmy: „Wśród nocnej ciszy" i „Wierna rzeka", ale po jakimś czasie dostał od Andrzeja Wajdy list, z którego wynikało, że mistrz chciał na swojego zastępcę powołać Krzysztofa Kieślowskiego.
– Potem rozmawiałem z Kieślowskim. Powiedział, że między nim a Wajdą nigdy nie było na ten temat mowy – mówi Tadeusz Chmielewski.
To druga zadra, jaka w nim została po tamtym czasie. Za to w 1984 roku sam stanął na czele zespołu. Przejął Silesię, która wówczas zamieniła się w Oko. Prowadził ten zespół, a potem studio aż do roku 2011. Chmielewski potrafił dostrzec talent outsiderów. To tutaj pierwsze filmy kręciła Dorota Kędzierzawska, tutaj powstało kilka pięknych, „zamyślonych" opowieści Andrzeja Barańskiego. Tu Janusz Kijowski zrealizował „Stan strachu", a Jacek Bromski cykl „U Pana Boga... ".
Dzisiaj Tadeusz Chmielewski żyje spokojnie na warszawskiej Sadybie, gdzie przed laty kupił tu dom. Pokazuje mi wysoką jodłę.
– To drzewo sam zasadziłem – mówi. – Kiedy się wprowadzaliśmy, było tu pole. Pustka. A dzisiaj Sadyba taka piękna. I Warszawa jest piękna. Cieszę się, że dożyłem tej chwili. Że mogłem doświadczyć nowego świata. Czasem myślę: ludzie, nie narzekajcie. Trzeba przeżyć to wszystko, co my przeżyliśmy, żeby dostrzegać, w jak świetnym kraju mieszkamy i w jak dobrym kierunku idziemy.
Lubi swoją prywatność: ogródek, taras, na którym można usiąść wśród zieleni i wypić kawę, dużego wilczura szczekającego na obcych. Spokój. A przede wszystkim żonę, Halinę Chmielewską. Tę samą od 60 lat. Poznali się podczas studiów w łódzkiej szkole. Przeszli razem przez życie, razem pracowali. – Zawsze była moim trzecim okiem i trzecim uchem – mówi.
Prywatność to także córka Agata, która jest grafikiem i autorką książki „Trudne słowa". – To urocza, optymistyczna i pełna radości opowieść, którą gorąco wszystkim polecam – dodaje z dumą ojciec.
Pytam, czy naprawdę nie brakuje mu kina. Młodszy tylko o rok Andrzej Wajda wciąż pracuje.
– Już o tym nie myślę – wyznaje. – Dzisiejsze komedie mi się nie podobają, a to, co widzę w telewizji, zupełnie do mnie nie przemawia. Zresztą przyszły następne pokolenia. Świetne. Ale czuję satysfakcję, kiedy wraca „Nie lubię poniedziałku" i ludzie się śmieją. Albo jak słyszę, że wciąż ich bawią perypetie Franka Dolasa.
Tadeusz Chmielewski odbierze we wrześniu Platynowe Lwy za całokształt twórczości. – Pewnie, że się cieszę – mówi. – Przyznając mi tę nagrodę, twórcy uznali, że też należę do tego samego kina, które dziś odnosi wielkie sukcesy w świecie. To prawdziwa radość.