Nie ma takiego biznesu jak show-biznes – mówi stare powiedzenie i to święta racja, szkoda tylko, że łączą się z tym praktyki godne pokutowania w piekle.
Bezwzględni menedżerowie weszli w epokę muzyki pop, oferując artystom pigułki na pobudzenie – by postawić na nogi swoich pupilów na czas koncertu, gdy zmagają się z przemęczeniem, depresją lub nałogami; a potem pigułki na sen – by gwiazdy mogły odpocząć i spełniać finansowe wymagania swoich opiekunów.
Teraz show-biznes uznał za frazes wygłaszane po śmierci słowa: „Spoczywaj w pokoju". I chociaż Whitney Houston zmarła jako ofiara przedawkowania medykamentów – nawet po śmierci nie może zaznać spokoju. Jeśli ktoś wierzy w życie pozagrobowe, a Whitney Houston była osobą religijną, można wyobrazić sobie dość upiorny obraz godny thrillera: przerażoną wokalistkę, która straciła kontrolę nad swoim dziedzictwem, zmuszoną do oglądania siebie samej na estradzie w postaci hologramu pod dyktando menedżerów i spadkobierców.
Firma BASE Hologram potwierdziła bowiem, że we współpracy z rodziną piosenkarki w 2020 roku w Wielkiej Brytanii i Irlandii, poczynając od lutowego koncertu w Liverpoolu, fani będą mogli oglądać trójwymiarową projekcję Whitney na dwunastu koncertach. Politycy lub ekonomiści powiedzieliby, że to program pilotażowy, bo po wysondowaniu reakcji fanów, a i sprzedaży biletów, kolejne koncerty nieżyjącej gwiazdy odbędą się w Meksyku, USA i Kandzie.
Jak czytamy w zapowiedzi, w programie będą wszystkie „kultowe hity" piosenkarki, zainscenizowane z zespołem na żywo, wokalistami i tancerzami, a także zremasterowane cyfrowo aranżacje jej klasycznych piosenek. I nie obroni przed tym Whitney najlepszy nawet bodyguard. Bo jak oświadczyła Marty Tudor, CEO produkcji BASE Hologram: „Tworzymy nowy rodzaj teatralnego przeżycia koncertowego zaprojektowanego w celu uchwycenia muzycznej magii". Spadkobiercy nie wykluczają, że Whitney Houston zaśpiewa nam nową piosenkę na Boże Narodzenie. Pewne jest jedno: na pewno będą mieli pieniądze na kupno nawet najdroższych prezentów.
Lepsza podróbka niż nic
Można oczywiście ironizować oraz szydzić z pazernych producentów i cynicznej rodziny, która przez całe życie Whitney pasożytowała na jej talencie, ale także rynku koncertowego dotyczy stara prawda: świat nie znosi próżni. W chwili, gdy utytułowane gwiazdy znikają z muzycznego firmamentu, kiedy fani są żądni przebojów na żywo, pojawiają się ci, którzy takie potrzeby spełniają z myślą o własnym zysku. Przychodzi im z pomocą technologia. Hologramowany był już przecież Frank Zappa, raper Tupac czy James Ronnie Dio z Black Sabbath i Rainbow. Wszystko po to, by ożywić i zmonetyzować chwilowo wyłączony z obiegu i nieprzynoszący tantiem dorobek artystów.
Ale rynek koncertowy radził sobie i przed hologramową rewolucją, jeśli tylko trzeba było zwiększyć wpływy z powodu braku oferty żywych artystów. Bo jeśli mowa o muzycznych widowiskach i spektaklach – sprawni muzycy potrafią być również niezłymi aktorami, w tym odtwórcami ról idoli, którzy odeszli lub akurat nie chcą koncertować, bo się pokłócili z kolegami, są zmęczeni lub mają inne plany. I nie chodzi bynajmniej o tak zwanych byłych członków, czyli „former members" słynnych w przeszłości zespołów, na przykład Electric Light Orchestra, którzy pod opromienioną niegdyś nazwą tej grupy przejechali wszerz i wzdłuż również Polskę. Muzyczny cud w kasie jest możliwy również dzięki zespołom, które perfekcyjnie odtwarzają historyczne występy światowych gwiazd.
Kiedy zmarł zaś Rick Wright, pianista Pink Floyd, Roger Waters zapalił mu symboliczną świeczkę na internetowej stronie, a dla fanów znaczyło to mniej więcej tyle, iż wraz ze śmiercią Wrighta zgasła nadzieja, że kiedykolwiek zobaczymy grupę w najmocniejszym składzie. Ale tak jak w historii malarstwa powstawały ekwiwalenty arcydzieł, tak i w muzyce zdarzają się wysokiej próby falsyfikaty. Działa tu zasada, że jak kogoś nie stać na oryginał – godzi się na podróbkę.
Kangur na scenie
Można spojrzeć też na tribute bandy (z ang. zespoły oddające hołd) jak na grupy rekonstrukcyjne na muzycznym polu przywołujące klimat minionych czasów. Największą karierę zrobiła grupa The Australian Pink Floyd Show. Pozwolili sobie w zasadzie na jedno odstępstwo od oryginału: w charakterystyczną dla Floydów scenografię wkomponowali, dla żartu, kangury. Reszta – partie wokalne, motywy instrumentalne, lasery – jest mniej więcej jak w oryginale. Dlatego grupa wystąpiła w tak prestiżowych miejscach jak londyńskie The Royal Albert Hall, gdzie zarejestrowała DVD. Imponowały wykonania „What Do You Want From Me", „Time". Ale atrakcją są utwory, które Floydzi wykonywali rzadko, zwłaszcza z wczesnego okresu działalności: „Set The Controls For The Heart Of The Sun" czy późniejszy „Pigs". A piosenek z „Final Cut" Floydzi nie wykonali nigdy, bo się rozpadli.
W przypadku Australian Pink Floyd przełom nastąpił, gdy zespół dostał zaproszenie na zjazd fanów kwartetu w Londynie. Zagrali na Wembley Arena mieszczącej kilkanaście tysięcy fanów. A potem dostali najlepszą rekomendację: wystąpili na 50. urodzinach Davida Gilmoura. Wcześniej przyszedł na koncert Australijczyków, a po jego zakończeniu, już w garderobie, zażartował, że nigdy wcześniej nie miał okazji, by zobaczyć koncert Pink Floyd. Skończyło się na tym, że na urodzinach Gilmoura Australijczycy grali utwory samych największych gwiazd brytyjskiego show-biznesu. A zaczęło się przecież od zabawy, w której uczestniczyliśmy wszyscy – od udawania muzycznych idoli. Finał jest taki, że Australijczycy sprzedali na swój muzyczny teatr wiele milionów biletów.
Potraktował to jako wskazówkę najmniej utytułowany, a i najbardziej prący do comebacku grupy, bo nieskłócony z nikim w zespole, perkusista Floydów – Nick Mason. Także w Polsce, latem gościł jego zespół Nick Mason's Saucerful of Secrets, który wykonuje utwory z początków zespołu, których nie można usłyszeć na koncertach Rogera Watersa czy Davida Gilmoura. Repertuar jest naprawdę sensacyjny i niewykonywany od czasów Syda Barretta oraz krótko po jego odejściu. Mason zrekonstruował m.in. „Astronomy Domine", „Lucifer Sam", „See Emily Play", niegrane nigdy filmowe „Obscured By Clouds", „Bike", „Arnold Layne". Sukces tegorocznego tournée był tak duży, że już ogłoszono koncerty na przyszły rok.
Bo głodni dawnych gwiazd są młodzi słuchacze, którzy najzwyczajniej nie mieli szansy oglądać swoich idoli w akcji, bo często nie było ich jeszcze na świecie. Z kolei rówieśnicy gwiazd nie przywiązują wagi do tego, czy na scenie są wszyscy muzycy, których podziwiali w przeszłości. Chcą ożywić wspomnienia.
Z tego powodu powodzeniem cieszą się również podróbki Genesis. Wielokrotnie mówiło się o comebacku z Peterem Gabrielem i Philem Collinsem, ale nigdy do niego nie doszło. Działa za to kanadyjski zespół, który zaczerpnął nazwę od piosenki Genesis „Musical Box". Zasłynął tym, że odświeżył programy Brytyjczyków z początku lat 70., w tym właśnie mocno steatralizowany, udramatyzowany „Musical Box". Co ciekawe, członkowie Genesis pomogli w rekonstrukcji widowiska – przekazując oryginalne slajdy używane podczas koncertów do projekcji, instrumenty, maski, kostiumy, projekty oświetlenia. Udostępnili też wielośladowe nagrania, aby można było odtworzyć oryginalne brzmienie na scenie.
To, co fani znali ze zdjęć, mogli nareszcie zobaczyć dzięki perfekcyjnej rekonstrukcji. Wysłuchać w wersji live kompozycji z klasycznych albumów „Selling England by the Pound" czy „The Lamb Lies Down on Broadway". Dzięki Musical Box muzyka Genesis powróciła do źródeł, czyli idei rocka symfonicznego. Show Kanadyjczyków to spektakl pełną gębą. Reakcje były więcej niż pochlebne. Oto próbka cytatów: Peter Gabriel – „The Musical Box gra utwory Genesis lepiej niż Genesis!"; Mike Rutherford: „To lepsze niż oryginał!"; Phil Collins: „W niesamowity sposób zdołali uchwycić nas sprzed lat, i to pod każdym względem". Collins nie skończył na komplementach. Zagrał razem z Musical Box wspólny koncert.
Areny bez gwiazd
O tym, jak wielkim powodzeniem cieszy się ABBA, nie trzeba nikogo przekonywać. Najpierw rekordy powodzenia bił na Broadwayu i West Endzie musical „Mamma Mia!" z piosenkami Szwedów, potem świat oszalał na punkcie jego filmowej ekranizacji z Meryl Streep i Piercem Brosnanem. Potem powstał ciąg dalszy. A to znaczy, że odbiorców muzyki najsłynniejszego szwedzkiego zespołu nie brakuje.
Wiadomo jednak, że muzyków kwartetu, który rozpadł się w 1983 r., podzieliły małżeńskie konflikty i rozwody. Nikt nie wierzy, że zagrają choćby raz, nawet gdyby zapłacono im miliony dolarów. Pewnie dlatego, pomimo zeszłorocznej zapowiedzi, nie doszło do premiery dwóch nowych piosenek ani telewizyjnego występu w formie hologramu – awataru inspirowanego mniej znanym wizerunkiem szwedzkich gwiazd. W tej sytuacji ponownie wkraczają do akcji instrumentaliści i wokaliści pozbawieni talentu kompozytorskiego, za to znakomici rzemieślnicy. Wystarczą charakterystyczne kostiumy i peruki, a resztę można zmiksować. Tak było z muzyką słynnych zespołów – w tym The Beatles, których rekonstruktorzy grali często w Sali Kongresowej, proponując repertuar z różnych okresów w odpowiadających im kostiumach.
Ten proceder kwitnie i na warszawskim Torwarze czeka nas powrót Tiny Turner. Trudno sobie to wyobrazić, ponieważ wokalistka przyjechała do mało ekskluzywnej sali pod koniec lat 70. na dnie swojej kariery przed comebackiem „Private Dancer" i miała z Warszawy jak najgorsze wspomnienia. Ale wolna jest od nich jej naśladowczyni. I ją właśnie zobaczą fani gwiazdy. Co ciekawe, polscy muzycy nie chcą oddawać pola zagranicznym. Dlatego jesienią tego roku w Polsce można oglądać rocznicową wersję „The Wall" w interpretacji krajowych artystów.
Produkcja koncertowych hologramów i podróbek wypełnia próżnię, bo największe gwiazdy wyjeżdżają na tournée co kilka lat albo przechodzą na emeryturę. Pożegnał się z fanami Black Sabbath, Ozzy Osbourne odwołał koncerty z powodów zdrowotnych, The Rolling Stones grają już z racji wieku tylko kilkanaście koncertów rocznie i nie obsłużą całego globalizującego się świata.
Wystarczy spojrzeć na repertuar najbardziej niegdyś obleganych hal koncertowych, by zrozumieć, że na rynku brakuje „chodliwego towaru". Mieszczącej blisko 20 tys. widzów Mercedes Benz Arena w Berlinie nie zapełni Tanita Tikaram, dlatego gra w małym klubie, podobnie jak wielu innych jeszcze mniej znanych muzyków. Na występ w berlińskim dwudziestotysięczniku do końca tego roku zdecydowali się tylko Ariana Grande i Sting, a to naprawdę niewiele jak na kosmopolityczną stolicę Niemiec.
Lepiej jest w londyńskiej O2 Arena, ta jednak ma zmienną architekturę, co znaczy, że przy gorszej sprzedaży biletów można ograniczyć przestrzeń, by nie ziała pustką. Nie zmienia to faktu, że koncerty Roda Stewarta i Cher sensacji nie wywołują.
Na całym świecie głośno o Edzie Sheeranie, który w Polsce jako pierwszy artysta w historii zapełnił Stadion Narodowy dwukrotnie dzień po dniu. To prawda. Zapełnia stadiony, występując solo, wyłącznie z towarzyszeniem gitary, bijąc rekordy frekwencji i zarobków. Według „Billboardu" od marca 2017 r. wpływy z ponad 250 występów, które obejrzało 6,2 mln fanów, wyniosły 736 mln dol. – to więcej niż wyniosły wpływy „360° Tour" U2, najbardziej dochodowej do tej pory trasy koncertowej. Ale Ed Sheeran jest wyjątkiem. W jego pokoleniu nie ma drugiego artysty, który mógłby zapełnić stadion.
Problem polega również na tym, że do kupowania biletów na koncerty przyzwyczajona jest starsza, dobrze zarabiająca publiczność, którą stać na drogie wejściówki. I to dla niej trzeba przygotować ofertę napędzającą rynek koncertowy. Młodzi fani nie dość, że nie dysponują dużymi funduszami, to są przedstawicielami pokolenia, które bardziej niż do masowych koncertów jest przyzwyczajone do oglądania teledysków. Długie koncerty odstają też od młodzieżowej kultury pojedynczych przebojów i rozproszonej uwagi, którą są w stanie skupić na kilku utworach, a nie dwugodzinnym koncertowym maratonie.
Cała nadzieja w Adele
Dlatego tylko nieliczni raperzy, i to tacy z poważnym dorobkiem, decydują się na stadionowe show. Należą do nich Jay-Z czy Kanye West. Ale nie bez znaczenia jest, że na ich koncertach można zobaczyć starszą, samodzielną finansowo publiczność. Młodsza woli festiwale, zwłaszcza letnie, gdzie za kilkaset złotych w okresie wakacji można zobaczyć w plenerze uznane i wschodzące gwiazdy.
Niestety, mijający rok potwierdza tezę, że gdy brakuje starszych tuzów, takich jak Foo Fighters czy Depeche Mode, nawet na naszym największym festiwalu, czyli gdyńskim Open'erze, frekwencja może być mniejsza. Z kolei Warsaw Orange Festival starał się przyciągnąć starsze pokolenie występem takiego artysty jak Jack White, ale plan nie wypalił. Dlatego najlepiej mają się w czasach odchodzenia starych gwiazd imprezy typu Off Festival, które deklarują niszowość, a ograniczenia frekwencyjne mają wpisane w regulamin oraz topografię. Bo na lotnisku Kosakowo pod Gdynią czy na warszawskim Torze Służewieckim gołym okiem widać konsekwencje braku topowych artystów.
Spragnione największych wydarzeń są także media, w tym internetowe, ponieważ każda informacja o wielkich koncertach zwiększa „klikalność". W tym roku było już jednak kilka przypadków życzeniowego myślenia. Niewypałem jest informacja o globalnej trasie AC/DC z powracającym w szeregi grupy Brianem Johnsonem. Nie ma się co dziwić, bo każde tournée giganta to kilkaset milionów dolarów obrotu.
Nadzieje pokładane są też w Adele, która jest postacią nr 1 ostatniej dekady. Jej płyta „21" rozeszła się w ponad 30 mln egzemplarzy, a wydana cztery lata temu „25" – w ponad 22 mln kopii. Tymczasem po 2017 r. brytyjska piosenkarka zakopała się w domowych pieleszach, dała fanom do zrozumienia, że być może nie będzie już koncertować, co nie jest zaskoczeniem, ponieważ dużo ją to kosztowało. Źródła bliskie artystce mówią jednak, że Adele powraca do studia nagrać swój czwarty album, a to może się łączyć z koncertami.
Bardziej sprecyzowane są wiadomości z obozu Beyoncé, która przygotowuje światowe tournée na 2020 rok. W blokach startowych czekają już też podobno Bruce Springsteen i jego E Street Band oraz Coldplay, który ma wydać nową płytę z zaskoczenia jeszcze pod koniec roku. Bez takich koncertowych gigantów do głosu dojdą producenci hologramów i koncertowych falsyfikatów, a to sprawi, że termin „muzyka na żywo" stanie się wspomnieniem dawno minionej epoki.