Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zapewnia nas, że nowe dowody osobiste, bez informacji o adresie zameldowania, to same korzyści. Np. nie będziemy musieli wymieniać plastiku na nowy przy zmianie adresu zameldowania, a gdy trafi w niepowołane ręce, złodziej nie dowie się, gdzie mieszkamy.

Urzędnicy miejscy radzą jednak jak najszybciej wyrobić stary dowód, bo z nowym będziemy mieć więcej kłopotów. Dlaczego? Na podstawie adresu z dowodu zawieramy umowę na telefon, internet, kupujemy lub sprzedajemy auto. I jak druga strona transakcji zweryfikuje, gdzie mieszkamy? Zażąda zaświadczenia o zameldowaniu.

Przezorny będzie więc nosił je w portfelu, a jak się zniszczy, pójdzie po nowe i zapłaci 17 zł. Ale to początek problemów. Banki już mówią, że w nowo zawartych umowach znajdzie się punkt o tym, że dokumenty będą skutecznie doręczane na podany adres korespondencyjny. A jak zmienimy adres i zapomnimy poinformować bank? Zostaniemy skutecznie powiadomieni, ale nie będziemy o tym wiedzieli.

A jestem przekonana, że większość z nas zapomina poinformować ubezpieczyciela czy dostawcę internetu o tym, że się przeprowadziliśmy. Dlatego pozostaje pytanie, czy wszyscy poradzą sobie w nowej rzeczywistości dowodowej. Jestem przekonana, że nie. I Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, zamiast mówić tylko o tym, jak będzie pięknie, powinno też ostrzegać o zagrożeniach. Bo prawda jest taka, że żyjemy w kraju, w którym na każdym kroku żąda się od nas potwierdzenia nie tylko tożsamości, ale i miejsca zameldowania.