Dyplomacja to nie konkurs w pluciu na odległość. Chodzi w niej o załatwianie konkretnych spraw, a nie o subiektywne poczucie zwycięstwa. Co więc Putin dwa tygodnie po Helsinkach dostał?

Amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo mówi, że USA „nigdy nie uznają” aneksji Krymu. Równocześnie większość Kongresu chce wobec Rosji nowych, jeszcze ostrzejszych sankcji. A doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa John Bolton ogłasza, że wizyta Putina w Waszyngtonie zostanie przełożona ad calendas graecas. Nie bardzo wygląda to na zwycięstwo.

Nie tylko Donald Trump, ale i Barack Obama na próżno szukali porozumienia z Rosją. Geostrategicznie pomogłoby to im prowadzić bardziej asertywną politykę względem Chin. Jednak w obu przypadkach Władimir Putin postanowił gospodarza Białego Domu w końcu ośmieszyć, torpedując tym samym jego wysiłki. Obamę i jego „reset” ośmieszyła rosyjska interwencja na Ukrainie. Trumpa ośmieszyły zaś Helsinki oraz subtelnie podsycane przez Kreml spekulacje na temat jego związków z rosyjskimi służbami.

Jak to możliwe, że w Waszyngtonie to Rosja jest swoim największym wrogiem? Myślę, że obaj amerykańscy prezydenci, szukając porozumienia z tym krajem, mieli do niego typowo amerykańskie pragmatyczne podejście. Wyceniali go dokładnie tak, jak to wynika z potencjału gospodarczego i demograficznego. Stwierdzili, że mają do czynienia z mocarstwem regionalnym, którego na dłuższą metę nie będzie stać na utrzymywanie tak potężnej armii. Tymczasem rosyjskie elity wpadły już na dobre w spiralę imperialnego obłędu. W ich propagandzie Rosja, jak zażartował sam prezydent Putin, „nie ma granic” i jest absolutnym supermocarstwem.

Ktoś zapyta: czy ludzie władzy mogą naprawdę w coś takiego wierzyć? Teraz nie ma to już znaczenia, raz oparłszy swoje rządy na takiej ideologii, znaleźli się w potrzasku. Społeczeństwo oczekuje teraz coraz więcej imperializmu. Fantasmagoryczny imperializm niszczy zaś realne państwo.

Autor jest politologiem z Uczelni Łazarskiego i Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego