– Padły ostatnio słowa wiceprzewodniczącej Parlamentu Europejskiego o zagłodzeniu ekonomicznym dwóch wspólnot narodowych. Takie słowa wymagają zdecydowanego protestu – mówił w piątek wicepremier Piotr Gliński.

- Należy to potępić w całej rozciągłości. Niemcy powinni pamiętać głód, ludobójstwo i tragedie, za które są odpowiedzialni. Brak mi słów, by potępić taką wypowiedź. Podkreślam: Węgry czy Polska mają takie same prawa w Unii Europejskiej, jak Niemcy czy Francja – mówił w sobotę premier Mateusz Morawiecki.

- Takie słowa w ustach Niemki mają charakter kontynuacji pewnej tradycji, która doprowadziła do II Wojny Światowej, zniszczenia Polski, sześciu milionów zamordowanych, do straszliwego barbarzyństwa, któremu byli winni Niemcy – mówił Antoni Macierewicz, były szef MON.

- Ta wypowiedź jest oburzająca i przywołuje najgorsze skojarzenia historyczne. Można by powiedzieć, że Niemcy mają doświadczenie w głodzeniu i prześladowaniu Polaków… Oczekujemy oficjalnych przeprosin od pani Barley i wycofania się z tych haniebnych słów! – napisał na Twitterze Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera Mateusza Morawieckiego.

Sprawa wywołała niesamowite emocje. Prawicowe media społecznościowe rozgrzewały się do czerwoności, a politycy partii rządzącej prześcigali się w „oburzingu” – jak kiedyś nazwałem zorganizowany rytuał politycznego oburzania się, konstytuujący polityczną tożsamość obozu rządzącego w Polsce.

Wszystko to była reakcja na depeszę niemieckiego radia Deutschlandfunk, która informowała, że zdaniem niemieckiej polityk SPD Katariny Barley, wiceszefowej Parlamentu Europejskiego, należy zagłodzić Polskę i Węgry, by wymóc przestrzeganie przez te kraje praworządności.

Problem w tym, że wypowiedź niemieckiej polityk brzmiała inaczej. Jako pierwszy zwrócił na to uwagę szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej” Jerzy Haszczyński, który w czwartek po południu najpierw przeczytał zapis rozmowy, a później odsłuchał nagrania, w którym o zagłodzeniu Polski nie było mowy. Barley mówiła o tym, że trzeba „finansowo zagłodzić” Wiktora Orbana, który jest uzależniony od pieniędzy z UE, choć w dalszej części wypowiedzi, krytycznie wypowiadała się również o „reżymie Kaczyńskiego”. Po kilku godzinach Deutschlandfunk opublikowało sprostowanie: „w pierwszej wersji sfałszowaliśmy oświadczenie Katariny Barley, wyolbrzymiając je. Naprawiliśmy ten błąd i przepraszamy”.

Nie przeszkadzało to jednak w piątek i sobotę Morawieckiemu, Glińskiemu czy Macierewiczowi mówić o tym, że skandalem jest proponowanie zagłodzenia Polaków, przez kraj, który wywołał II Wojnę Światową. I nawet po dementi, część komentatorów przekonywała, że radio manipuluje i usiłuje zatuszować skandaliczne słowa Barley.

Sprawa ma kilka aspektów, ale jest potencjalnie bardzo dla naszego kraju niebezpieczna. Zacznijmy od wypowiedzi samej Barley, która – w mojej ocenie – nie powinna mieć miejsca. Choć trudno jej zarzucić, że proponuje ludobójstwo Polaków, to jednak niemiecki polityk powinien bardzo uważać na to co mówi. „Finansowe zagłodzenie” Orbana, jako metoda wychowawcza ze strony niemieckiego polityka nie brzmi dobrze. Wpisuje się w butę dużej części niemieckich polityków – szczególnie lewicy, którzy uważają, że mają prawo rugać, karcić czy dyscyplinować demokratycznie wybrane rządy krajów UE.

W tym sensie słowa Barley są niestosowne. Choć równocześnie trzeba pamiętać, że jeśli idzie o meritum, mówiła ona o mechanizmach, które zaproponowała Komisja Europejska, aby krajom, które łamią zasadę praworządności nie wypłacać środków Unijnych. Ale – powtórzmy raz jeszcze – pojęcie „finansowego zagładzania” w ustach niemieckiego polityka – choćby nawet był brytyjskiego pochodzenia – brzmią fatalnie.

Kolejny punkt ważny punkt to reakcja polskich władz, która wydaje się problematyczna podwójnie. Wiceminister spraw zagranicznych napisał w piątek, że odsłuchał wywiadu i oburzył się, że padło tam słowo „zagłodzić”. To zaś oznacza, że wiceszef polskiej dyplomacji przyznał oficjalnie, że odsłuchał audycji dopiero po tym, jak sam zdążył ją wcześniej skomentować i po tym, jak skomentowali ją szef kancelarii premiera czy rzecznik rządu. Świadczy to o braku profesjonalizmu polskiej dyplomacji. Po ukazaniu się tak kontrowersyjnych słów polscy dyplomaci powinni natychmiast odsłuchać na stronie niemieckiego radia prawdziwych słów Barley i nadać komunikat do rządu w Warszawie, z prawdziwą zawartością wywiadu. Wiele na to wskazuje, że nikt takiej pracy nie wykonał, najważniejsi politycy w państwie zaś komentowali wypowiedź, którą znali wyłącznie z nagłówka niemieckiej radiostacji. Nie najlepiej świadczy to o profesjonalizmie naszej polityki. Szczególnie, że Polacy są niezwykle czuli na to, jak zagraniczne media przekręcają wypowiedzi polskich polityków. Gdy już było potwierdzone, że wypowiedź Barley nie dotyczyła „zagłodzenia Polski” brnęli dalej.

Być może ktoś uznał, że bez względu na to, co niemiecka polityk powiedziała, trzeba sprawę politycznie wykorzystać. Prawda się nie liczy, przecież 99,999 proc wyborców nie sięgnie do strony niemieckiego nadawcy i nie odsłucha tego, jak brzmiała ta wypowiedź. A przecież nic tak nie mobilizuje wyborców, jak straszenie strasznymi Niemcami, którzy czyhają na nasze zdrowie, życie, suwerenność i już, już chcą zabrać nasze dusze i majątek.

Przy okazji jednak uderza inna rzecz. Barely jest dziś w kierownictwie współrządzącej Niemcami SPD, lecz nie pełni obecnie funkcji rządowych – jest jednym z kilkunastu wiceszefów Parlamentu Europejskiego. Można by jej rangę porównać do Ryszarda Czarneckiego, Adama Bielana czy Beaty Kempy. Powstaje tu więc ważne pytanie: czy nawet jeśliby wypowiedź Barley była nawet najbardziej skandaliczna, powinni na nią reagować politycy tak wysokiego szczebla? Czy komentowaniem wypowiedzi – nawet najbardziej oburzającej – polityka z czwartego czy piątego szeregu, powinien się zajmować premier, wicepremier, szef kancelarii premiera? Czy nie wystarczyłoby oświadczenie rzecznika ministra spraw zagranicznych? Paradoksalnie reakcja na tak wysokim szczeblu nadaje osobie Barley większego znaczenia, niż ma ona w rzeczywistości.

Tu zaś dochodzimy do kwestii ostatniej i najbardziej niebezpiecznej. Bez względu na to, czy i kiedy rządzący zdali sobie sprawę, że cała sprawa jest wyolbrzymieniem, by nie powiedzieć, że fake-newsem, natężenie i ranga reakcji pokazuje, jak łatwo jest manipulować polską debatą publiczną. Wszyscy obserwatorzy naszego kraju z zewnątrz dostają ważną lekcję – jeśli chcesz rozgrzać politykę do czerwoności, porusz jakiś temat historyczny, odnoszący się do bolesnej przeszłości Polski. Nie chcę tego wprost nazywać narodowymi kompleksami, ale skala reakcji pokazuje, że nie czujemy się zbyt pewnie, skoro tak bardzo musimy się oburzać. To zaś zachęta dla wszystkich naszych wrogów, by robić rozmaite prowokacje i nami manipulować. Dlatego dobrze by było, gdyby rządzący wyciągnęli z tej sprawy odpowiednie wnioski.