Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło" – mawiał William Szekspir. Teza ta potwierdza się dziś między Odrą a Bugiem w całej rozciągłości.
Pani Maria Teresa Kiszczak zrobiła dobry początek, czyli – jak teraz określają to (chyba nienawistnie) rządzący Polską – „dobrą zmianę". Czy będzie jeszcze ciąg dalszy? Czy inne panie i inni panowie – żony, córki, synowie oraz bliscy dygnitarzy komunistycznych, najczęściej osadzonych za dawnych lat w „wiadomych resortach", zechcą kontynuować prekursorską strategię odsłaniania kart historii i pokazywania prawdy? Chyba jednak nie.
Może trzeba im jakoś skutecznie pomóc? Padają różne opinie. Jak zwykle jedni są za, inni przeciw. Sporo jest oczywiście też takich, którzy są i za, i przeciw. To często spotykana postawa – ludzie przestają szukać prawdy, bo co im po niej. Nie nakarmi przecież – myślą po cichu. Ale – jak powiedziałby dawny kolega z podstawówki: „Do k... nędzy, ile można żyć w kłamstwie? Dziesięć lat – no może, ale nie ponad ćwierć wieku!".
Prawo dysponuje przecież od setek lat stosowaną na wszystkich kontynentach instytucją przeszukania pomieszczeń. Obowiązujące w przeszłości i obecnie regulacje są podobne. Wystarczy podejrzenie, o które przecież łatwo, i prokurator czy też policja za zgodą sądu albo prokuratora mogą dokonać przeszukania mieszkania, biura, daczy, pałacu, lokalu gastronomicznego itp. Dla pełnej jasności art 219 § 1 Kodeksu postępowania karnego brzmi: „W celu wykrycia lub zatrzymania albo przymusowego doprowadzenia osoby podejrzanej, a także w celu znalezienia rzeczy mogących stanowić dowód w sprawie lub podlegających zajęciu w postępowaniu karnym, można dokonać przeszukania pomieszczeń i innych miejsc, jeżeli istnieją uzasadnione podstawy do przypuszczenia, że osoba podejrzana lub wymienione rzeczy tam się znajdują".
Są tacy, którzy nigdy nie powiedzą sobie, że żyli w błędzie, będą niezłomni, niczym gieroje z armii konnej Siemiona Budionnego