Zamówienie na broń lub plan wspólnej jej produkcji to bowiem kwestia arcypolityczna. Platforma była pod tym względem jak sroczka, co kaszkę warzyła i dywersyfikowała: temu na łyżeczkę, temu na miseczkę. Pomysł był taki, by trochę podziałać z Francuzami, trochę z Niemcami i Amerykanami: tak odczytywano ducha czasu.

Dzisiejsza historia o zamówieniu caracali może być rozumiana w kategoriach sztuki dyplomatycznej – długo będą trwały dyskusje, czy rząd odpowiednio do standardów odmówił Paryżowi, na jeszcze dłużej zapowiadają się debaty na temat procedur, jakie zastosowano w kwestii nowego zamówienia, i tego, który helikopter bardziej lotny. Komentarzy na ten temat pełne są gazety.

Czas się zmienił i zamiast dywersyfikacji mamy koncentrację środków („jajka w jednym koszyku"). Z decyzji w sprawie caracali przebija też coś, czego nikt z władz w żadnym wywiadzie nie powie. To głęboki pesymizm w odniesieniu do jakości sojuszy na Starym Kontynencie, tym głębszy, że dotyczy sojuszy w ramach NATO i UE zarazem.

Druga oczywistość to przekonanie polskich decydentów, że gdyby w USA wygrał Donald Trump, kryterium, które zastosuje nowy prezydent w sprawie utrzymania amerykańskiej obecności wojskowej w naszej części Europy, będą powiązania na płaszczyźnie braterstwa broni – czyli zamówienia.

Jeśli dodać do decyzji w sprawie helikopterów fakt poważnego włączenia się Amerykanów w promowanie sprzedaży LNG w naszym regionie, nasuwają się dwa wnioski: mamy do czynienia z ważnym zwrotem polskiej polityki w stronę USA, bardziej wyrazistym niż w ramach rutynowych NATO-wskich więzów. Dzieje się to w obliczu przyspieszającej amerykańsko-rosyjskiej rywalizacji w Europie – i w sytuacji, gdy wynik wyborów za wielką wodą pozostaje wielką niewiadomą.