Reklama

Tomasz Sawczuk: Polityczne dinozaury do muzeum

Ruchy miejskie, bardziej niż krajowa klasa polityczna pasujące do swoich czasów, powinny przejmować polską politykę – twierdzi publicysta „Kultury Liberalnej".

Aktualizacja: 25.11.2014 08:00 Publikacja: 25.11.2014 01:00

Fot. Maciej Spychał

Fot. Maciej Spychał

Foto: Rzeczpospolita

Proces liczenia głosów po wyborach samorządowych niepokojąco przypomina scenę z filmu „Miś". Jak tłumaczy Stanisławowi Paluchowi inkasent, niegdyś spisywanie liczników energii wymagało pewnych umiejętności. Od kiedy jednak w centrali zainstalowano komputer, wszystko jest łatwiejsze: „Może pan pisać, co tylko pan chce, to nie ma żadnego znaczenia. On się i tak zawsze pomyli przy dodawaniu".

Bałagan związany z ogłaszaniem wyników wyborów nie jest bez znaczenia, ponieważ negatywnie wpływa na ocenę jakości funkcjonowania państwa. Strach też pomyśleć, co by się stało, gdyby oficjalne wyniki przechyliły szalę zwycięstwa na korzyść PO. Ale zanim przepadniemy w chaosie partyjnych awantur, do czego można łatwo sprowadzić całe wydarzenie, warto się wymknąć zwyczajowej logice naszych sporów i zwrócić uwagę na coś innego – istotę tych wyborów samorządowych.

Z punktu widzenia demokracji lokalnej rozmowa o zwycięstwie jakiejś partii w skali kraju jest nieporozumieniem. Dlatego nie wolno nam pozwolić zawłaszczyć dyskusji o wyborach partyjnym bojówkarzom. Oni chcieliby, aby wszystko zostało po staremu – wykorzystywanie bieżących potknięć instytucji państwowych do walki na slogany jest dla nich solą działalności parlamentarnej. Tymczasem zmieniający się sposób mówienia o polityce miejskiej zwiastuje nadchodzącą w naszym życiu publicznym odnowę, którą powinniśmy wesprzeć.

Rozliczanie z moralności

Ogłoszenie przez Donalda Tuska końca wielkich projektów reformatorskich miało dać Polakom odetchnąć. W praktyce ogołociło politykę z treści, cofając ją do epoki przednowoczesnej. W następstwie tego regresu jedyną poważną sprawą okupującą sferę publiczną okazała się religia. Rzeczywiste i pozorowane spory państwa z Kościołem zastąpiły rywalizację między odmiennymi rozwiązaniami instytucjonalnymi. Było to wygodne zarówno dla PO, jak i PiS, ponieważ obie partie mogły się dzięki temu zająć wzajemnym rozliczaniem z moralności i skoncentrowaniem uwagi na sporach, których nikt nie zamierza na poważnie rozwiązać – między innymi dlatego, że są nierozwiązywalne.

Ogłoszenie przez Donalda Tuska końca wielkich projektów reformatorskich ogołociło politykę z treści

Reklama
Reklama

Cofnięcie polskiej polityki do czasów przednowoczesnych przyszło o tyle łatwo, że społeczeństwo obywatelskie jest w Polsce tradycyjnie słabe, a w chrześcijańskim kraju koncentracja dyskusji na wątkach religijnych mogła się wydawać naturalna. Ale w rezultacie tej zmiany prywatne potrzeby ludzi zniknęły z politycznego radaru. Doszło do rozdźwięku między oczekiwaniami obywateli i żyjących w medialnej bańce polityków, którzy czasem zdają się wierzyć, że odpowiadają na aspiracje elektoratu. Na przykład wtedy, gdy budują lotnisko albo coś równie spektakularnego i sporadycznie potrzebnego garstce ludzi, a reszcie z nich przydatnego najwyżej dla połechtania miejscowego patriotyzmu. Polska została więc opanowana przez dwójmyślenie. Miejscem je przełamującym okazała się odnowiona lokalna polityka.

Czyje głosy się liczą?

Myślenie z nią związane każe częściej stawiać pytanie o to, w czyim interesie podejmowane są różne publiczne decyzje – nie zaś, czy są zgodne z istniejącymi społeczno-ekonomicznymi kanonami wiary. Decyzje takie wymagają za każdym razem rozważenia dostępnych możliwości. Przykładowo, dla kogo korzystna jest reprywatyzacja budynku publicznej szkoły? Komu należy ułatwić przemieszczanie się po mieście – kierowcom, pieszym, rowerzystom, osobom niepełnosprawnym? W centrum tej perspektywy stoją realne potrzeby ludzi wyrażane otwarcie w publicznej, demokratycznej debacie. Dzięki temu pozwala ona przywrócić polityce treść. Dlatego popularne w ostatniej kampanii postulaty tworzenia bardziej przyjaznej przestrzeni miejskiej, budowy powszechnie dostępnych przedszkoli, a nawet uwolnienia miast z plagi wielkopowierzchniowej reklamy ma kluczowe znaczenie dla polityki krajowej. Owa zmiana perspektywy musi bowiem się odbić także na sprawach ponadlokalnych.

Dla niektórych bezpośrednie zaangażowanie aktywistów miejskich w wyborach to przekroczenie Rubikonu, po którym nie ma już powrotu do zewnętrznego kontrolowania poczynań władzy. Zgoda, ale czy to rzeczywiście powód do zmartwień? Ruchy społeczne mogą bardziej się ubrudzić polityką, a partie przesunąć w kierunku obywatelskości – i tak będzie lepiej. Nie ma granicy, za którą zaczyna się lub kończy „robienie polityki". W tej sprawie nie ma żadnego Rubikonu. Polskie życie publiczne wymaga upolitycznienia. A ruchy miejskie, bardziej niż krajowa klasa polityczna pasujące do swoich czasów, powinny przejmować polską politykę. W tym celu ich przedstawiciele nie muszą być zresztą premierami ani ministrami. Wystarczy, by z ich zdaniem nie można się było nie liczyć.

Proces zmiany jest ważniejszy niż jego wykonawcy. Dlatego to, czy Platforma znów „wygrała" czy też „przegrała" wybory, jest drugorzędne. Każda partia, która przypomina politycznego dinozaura, zasługuje na miejsce w muzeum. Być może w jednej sali z systemem informatycznym PKW.

Opinie polityczno - społeczne
Piotr Kłodziński: Selekcja negatywna w rządzie. Dlaczego państwo odrzuca najsprawniejszych ludzi?
Opinie polityczno - społeczne
Wojciech Warski: Polacy zagrażają własnemu bezpieczeństwu
Opinie polityczno - społeczne
Estera Flieger: Komu podziękować za transformację
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: Gdyby Rosjanie finansowali dziś Leszka Millera, użyliby bitcoina
Opinie polityczno - społeczne
Stanisław Żaryn: Strategia bezpieczeństwa USA? Histeria niewskazana, niepokój uzasadniony
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama