Kiedy niemal dokładnie rok temu prezes PiS przedstawił główne założenia tzw. piątki Kaczyńskiego, odpowiedziały mu ogłuszające brawa słuchaczy. I trudno się dziwić, w końcu Polacy dowiedzieli się o kolejnych wyborczych obietnicach PiS podczas dokładnie wyreżyserowanego spektaklu partyjnej konwencji.

Ale entuzjazm dla tych propozycji wykroczył daleko poza salę, na której odbywała się konwencja. Zgodnie z różnymi badaniami opinii publicznej poparcie dla „piątki Kaczyńskiego" wyrażało co najmniej 60 proc. Polaków. Bez znaczenia były sympatie polityczne – niemal równie ciepło propozycję 500+ na pierwsze dziecko czy 13. emerytury przyjmowali wyborcy Prawa i Sprawiedliwości co zwolennicy Platformy Obywatelskiej. A już największy entuzjazm budziła propozycja obniżenia stawki PIT z 18 do 17 proc.

Chwytliwe obietnice kilka miesięcy później pomogły Zjednoczonej Prawicy w wyborczym zwycięstwie. Zdecydowanie gorzej było z liczeniem finansowych konsekwencji tych zmian. Kolejny raz okazało się jednak, że jeśli matematyka nie nadąża za polityką, to tym gorzej dla matematyki. Szczególnie w sytuacji, gdy gros kosztów rządowych obietnic muszą wziąć na swoje barki samorządy.

Dlatego przedstawiciele lokalnych władz niemal od razu zaczęli przestrzegać przed dramatycznymi skutkami zapowiadanych zmian podatkowych dla ich finansów. Wpływy z PIT stanowią zazwyczaj od 20 do nawet 30 proc. dochodów lokalnego budżetu. A ich zmniejszenie przełoży się w sumie na wyrwę wielkości 6 mld zł rocznie! Samorządowcy jak Polska długa i szeroka mówili więc o konieczności ograniczania inwestycji i o projektach, których nie będą w stanie zrealizować. Przypominali, że zmniejszenie dochodów z PIT to nie wszystko – w tym samym czasie rząd podjął przecież m.in. decyzję o podwyżkach dla nauczycieli, za którą – jak zwykle – nie poszła wystarczająca subwencja.

Samorządowcy przestrzegali, rząd uspokajał. Wychodzi jednak na to, że to ci pierwsi mieli rację. Wpływy podatkowe do lokalnych budżetów spadają. Jeśli ta sytuacja utrzyma się w kolejnych miesiącach, będzie przybywać gmin, które będą zmuszone finansować inwestycje długiem. A to może oznaczać, że więcej samorządów – będących dziś generalnie w dobrej kondycji – popadnie w finansowe tarapaty.

Czeka nas więc dalsze pogłębianie konfliktu między rządem a środowiskiem samorządowym, którego od lat nie udaje się wygasić. A wszystko to w czasie obchodów 30. rocznicy udanej reformy samorządowej. Może jedna z czekających nas w tym roku dat związanych z obchodami stanie się okazją do opamiętania i poszukania kompromisu? Trudno w to uwierzyć, ale na wszelki wypadek podpowiadam – pierwsza okazja (rocznica uchwalenia ustawy o samorządzie terytorialnym) już 8 marca.