Coinbase to jeden w wielu start-upów, które swą działalność związały z bitcoinem. To, co go dziś wyróżnia, to nie tylko wartość rynkowa (400 mln dol.), jaką uzyskał po ostatniej rundzie finansowania, i wielkość tego finansowania, ale także, a może przede wszystkim, grono udziałowców. Po ostatnim podwyższeniu kapitału pojawili się wśród nich New York Stock Exchange, USAA Bank oraz Banco Bilbao Vizcaya Argentaria czy japoński telekom NTT DoCoMo. Ponadto w firmę prywatnie zainwestowali Vikram Pandit, były prezes Citigroup, oraz Tom Glocer, były prezes Thomson Reuters.

W trzeciej już rundzie finansowania, którą organizował fundusz DFJ Growth, uczestniczyli także dotychczasowi wspólnicy, czyli fundusze venture capital zarządzane przez Andreessen Horowitz, Union Square Ventures i Ribbit Capital.

Ostatnie kilkanaście miesięcy było bardzo trudne dla bitcoina, bo z wielkim hukiem pękła bańka spekulacyjna nadmuchana do niebotycznego rozmiaru w 2013 r. Do tego doszły skandale związane z upadkiem jednej z giełd pośredniczących w handlu wirtualną walutą, licznymi atakami hakerskimi na posiadaczy bitcoinów oraz firmy oferujące elektroniczne portfele dla tej waluty. Jeśli więc bitcoin pojawiał się w mediach, to głównie w negatywnym kontekście.

Przykład rozwoju Coinbase – w ciągu roku liczba obsługiwanych portfeli wzrosła z 600 tys. do 2,1 mln, firma planuje też rozszerzenie obecności do 30 krajów (z 18 obecnie) – pokazuje, że tworzącym się wokół kryptowaluty ekosystemem interesują się poważne instytucje z branży finansowej.

Przyznam, że czekam na IPO i giełdowy debiut jakiejś spółki, której działalność związana jest z bitcoinem. Kilka zapowiedzi już było, ale na zapowiedziach się skończyło. Pozostaje wierzyć, że któryś z ostatnio zasilonych w gotówkę przez VC start-upów wejdzie na jakąś giełdę. To na pewno będzie święto w bitcoinowym ekosystemie.

Autor jest publicystą ekonomicznym