Niecałe dwa lata temu Donald Trump wygrał wybory między innymi dzięki temu, że obiecał dawnym pracownikom fabryk samochodów: cofnę czas. Meksykanie, Kanadyjczycy, ludzie z Europy i Dalekiego Wschodu ukradli wasze miejsca pracy, godząc się na niższe płace. Fabryki, które dawniej pracowały pełną parą w Detroit produkując podziwiane i kupowane przez cały świat Fordy, Cadillaki i Jeepy, dziś w większości stoją nieczynne, ludzie są bezrobotni, a maszyny rdzewieją. Okradziono was! Ale ja to wszystko cofnę. Na importowane samochody wprowadzę wysokie cła („najpiękniejsze słowo w słowniku”), które przywrócą wasze miejsca pracy. Zmuszę zarówno amerykańskie jak i zagraniczne koncerny, żeby znowu przeniosły produkcję na nasz teren. I w ten sposób odzyskacie pracę, którą wam podstępnie ukradziono.

Z prezydentem Trumpem trudno dyskutować, bo wygłasza swoje tezy z żarliwym przekonaniem, a znaczna część Amerykanów godzi się z nimi z niezachwianą wiarą. Pomińmy więc problem, czy rzeczywiście pracownikom z Detroit ktoś ukradł ich miejsca pracy, godząc się na dumpingowe stawki, czy też to niekończąca się eskalacja żądań związków zawodowych doprowadziła do przesadnego wzrostu kosztów pracy (szacuje się, że godzina pracy w fabrykach samochodów w USA kosztuje dziś średnio 60 dol. za godzinę, podczas gdy we wcale nie ubogiej Kanadzie jest to tylko 40 dol.; Niemcy, które „ukradły” miejsca pracy Amerykanom, płacą swoim pracownikom nawet więcej od nich).

Nie ma jednak wątpliwości, że Donald Trump dotrzymał słowa danego swym wyborcom. Groźba zadziałała, japońscy i europejscy producenci godzą się przenosić produkcję do USA, bo ryzyko odcięcia przez ogromne cła od największego rynku świata jest dla nich większym problemem, niż wzrost kosztów produkcji. Krótko mówiąc, szantaż zadziałał.

Fabryki wrócą, pracownicy nie

A jednocześnie Donald Trump słowa nie może dotrzymać. Bo w tym samym czasie, kiedy koszt godziny pracy amerykańskiego pracownika w przemyśle motoryzacyjnym wzrósł do 60 dol., koszt godziny pracy w pełni zastępującego człowieka robota przemysłowego spadł do 10-15 dol. A w dodatku roboty nie strajkują, nie liczą sobie za nadgodziny i nie domagają się dalszego wzrostu płac i kosztownych systemów emerytalnych. Przemysł motoryzacyjny jest szczególnie podatny na robotyzację: w przodującej pod tym względem Korei jeden robot przypada już na 3 pracowników tego przemysłu.

Jednym słowem: tak, firmy przeniosą część produkcji do USA. Ale wybudują tam fabryki, które w całości lub w większości będą obsługiwane przez roboty, a nie przez ludzi.

My w Polsce mamy dziś zupełnie inne problemy. Dyskusję o rynku pracy rozgrzewają zmiany w zakresie samozatrudnienia, a związki zawodowe święcie wierzą, że wystarczy, by wygrała popierana przez nich partia, a wszystkie zmiany da się zatrzymać i odwrócić. Nie da się. Bo roboty, wspierane przez sztuczną inteligencję, przybywają również do Polski.

CV

Witold M. Orłowski

główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, wykładowca Politechniki Warszawskiej