120 mld zł nieprawidłowości i setki zawiadomień do prokuratury to nie tylko problem polityków Prawa i Sprawiedliwości. To test dla państwa. Bo jeśli za łamanie reguł nie ma kary, prędzej czy później uczciwi zaczną pytać, po co je w ogóle przestrzegać.
Zarobki lekarzy i sytuacja w ochronie zdrowia, ale także odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego „przykryły” wiele ważnych wydarzeń i informacji. Między innymi tę ujawnioną przez wiceministra finansów Zbigniewa Stawickiego na antenie TVN24. Oto w 166 audytach dotyczących wydawania środków publicznych za rządów Prawa i Sprawiedliwości stwierdzono nieprawidłowości warte 120 mld zł. Do prokuratury trafiło zaś 245 zawiadomień na kwotę 105 mld zł. Według Stawickiego w tych 120 mld zł mieszczą się przypadki od naruszeń prawa zamówień publicznych po przelewanie dotacji na osobiste rachunki czy spłatę prywatnych kredytów. Dla dalszego wywodu warto przypomnieć jeszcze jedną liczbę: od wyborów parlamentarnych, po których władzę przejęła Koalicja 15 Października, minęły niespełna 33 miesiące.
To ważne, bo wraz z upływem czasu rozliczenie tych spraw przestaje być wyłącznie polityczną obietnicą nowej władzy, a staje się testem sprawności państwa. Oczywiście, nieprawidłowość nie jest jeszcze przestępstwem, zawiadomienie nie oznacza winy, a sądów nie wolno zastępować konferencjami prasowymi. Ale jeśli za kilka lat ze 120 mld zł, setek audytów i zawiadomień pozostaną głównie nagłówki, społeczeństwo dostanie bardzo prosty sygnał: reguły nie dotyczą tych, którzy są blisko władzy. Wystarczy przeczekać.
Uczciwość nie może być luksusem dla naiwnych
Bo co ma pomyśleć uczciwy przedsiębiorca, który płaci podatki, przestrzega procedur i za każdą pomyłkę może zapłacić wysoką karę, gdy widzi, że ktoś inny omija przepisy, korzysta z układów albo zarabia na publicznych pieniądzach wydawanych bez nadzoru, a po latach wciąż nie ponosi konsekwencji? Że uczciwość się opłaca? Raczej że jest kosztownym luksusem dla naiwnych.
Jeżeli bowiem korzyść z nieuczciwości jest szybka i realna, a kara odległa, niepewna albo żadna, zmienia się rachunek ryzyka. I prędzej czy później znajdą się naśladowcy. A bezkarność może być także bodźcem ekonomicznym. Być może jednym z najbardziej destrukcyjnych, jakie państwo może wysłać gospodarce. Wtedy bowiem zaczyna psuć się rynek. Firmy więcej wydają na zabezpieczenia, prawników i kontrolę kontrahentów. Maleje zaufanie do instytucji. Rośnie przekonanie, że o sukcesie nie zawsze decydują lepszy produkt, niższa cena czy wyższa jakość, lecz dostęp do właściwych ludzi i umiejętność funkcjonowania w systemie, w którym reguły nie dla wszystkich są takie same.
Dlatego ustaleń KAS nie można sprowadzić do kolejnej odsłony wojny PiS z KO. Nie chodzi już bowiem o igrzyska, lecz o pokazanie, że złamanie zasad ma swoją cenę. Jeśli popełniono przestępstwa, winni powinni ponieść karę. Jeśli pieniądze można odzyskać, państwo powinno je odzyskać. Jeśli część podejrzeń się nie potwierdzi, także trzeba powiedzieć to jasno. Najgorsze byłoby pozostawienie tych spraw do czasu, gdy opinia publiczna o nich zapomni. Państwo musi więc dać sygnał, że uczciwość się opłaca. Tylko czy zdąży? Bo czasu zostało coraz mniej.