Są wymagające zmian finanse publiczne, jest niezbilansowany system emerytalny, bezrobocie, są kredyty frankowe, jest źle działająca służba zdrowia i kiepska edukacja, są niepotrzebne bariery dla przedsiębiorczości. Ale jest też Sejm.

Kiedy zbliża się termin wyborów, w posłów wstępuje szał. Działa to jak odruch psa Pawłowa (dla przypomnienia: rosyjski noblista sprzed wieku tak wytresował psa, że kiedy tylko zapalał światełko, psu zaczynała cieknąć ślinka i miał apetyt na jedzenie). Padają wszelkie bariery – i zdrowego rozsądku, i odpowiedzialności, i przyzwoitości. Zaczyna się tylko intensywne poszukiwanie pomysłów na to, jak zaistnieć, jak dostać się przed wymarzone kamery i jak zdobyć dla siebie dodatkowe głosy wyborcze. Wszystko jedno jakim kosztem, wszystko jedno, czy w ogóle to działanie realne czy nie.

Mieliśmy właśnie przykład w sprawie kredytów frankowych. Wiadomo, że problem trzeba jakoś rozwiązać. Były pomysły lepsze i gorsze: od propozycji unieważnienia umów dzięki wykazaniu ich nieprawidłowości poprzez zmuszenie banków do zawarcia ugody (jak na Węgrzech) do przymusowego, rozsądnego podziału kosztów miedzy kredytobiorców i kredytodawców, w uznaniu współodpowiedzialności obu stron. Do Sejmu trafiła w końcu ustawa oparta na tym ostatnim pomyśle. I została z miejsca zmasakrowana przez żądnych kamer i głosów posłów. Wyszedł potworek: z jednej strony umów nikt nie unieważnił, a z drugiej – 90 proc. kosztów przerzucono na banki (właściwie ich klientów, zwłaszcza naiwniaków, którzy nie wzięli kredytu we frankach i nie mogą liczyć na zainteresowanie posłów). Nie jestem prawnikiem, ale na zdrowy rozum, jeśli teraz banki zwrócą się do międzynarodowego arbitrażu, może on nakazać im zwrócić utracone zyski (20 mld zł) z polskiego budżetu, skoro umowy były właściwe, a Sejm zmienił je i całość kosztów sztucznie przerzucił na instytucje finansowe.

Nędznie, panie i panowie posłowie. Nie zdołaliście mi zaimponować, nie zdołaliście wymyślić niczego nowego. Zdobyliście może (netto, po odliczeniu głosów części obrażonych niefrankowiczów) 200–300 tys. głosów, w dodatku do podziału z innymi posłami. A przecież, przy odrobinie pomysłowości, można osiągnąć znacznie więcej. Ustawa o umorzeniu wszystkich kredytów mogłaby dać 2–3 mln głosów. Ustawa o podwyższeniu o połowę płac – z 5 mln (bo oczywiście nie można by liczyć na te 2–3 mln, którym zagroziłaby natychmiastowa utrata pracy). Ustawa o wydłużeniu płatnych urlopów do 18–24 tygodni dałaby może i 6–7 mln. Ustawa o zniesieniu matematyki w szkole i likwidacji ocen niedostatecznych dałaby kolejne miliony (samych troskliwych rodziców, a w dodatku jaka to inwestycja w przyszłych wyborców!). Słowem, jestem wami rozczarowany. Nie po to was wybieram, żebyście byli leniwi i nie potrafili wymyślić niczego twórczego, międląc w kółko te same pomysły.