Krzysztof Adam Kowalczyk: Koniec wyborczej promocji. Nie da się mrozić cen energii w nieskończoność

Cen prądu dla gospodarstw domowych nie da się w nieskończoność mrozić, ale skokowy wzrost o 60–70 proc. nam raczej nie grozi. Spodziewałbym się rozmrażania stawek rozłożonego na wiele kwartałów.

Publikacja: 03.11.2023 03:00

Krzysztof Adam Kowalczyk: Koniec wyborczej promocji. Nie da się mrozić cen energii w nieskończoność

Foto: Adobe Stock

Przez tygodnie tankowaliśmy benzynę i diesla po 5,99 zł za litr, ale w jakiś cudowny sposób ceny na stacjach już dzień po wyborach dostały skrzydeł i pięły się coraz wyżej: 6,14 zł, 6,40 zł, ostatnio widziałem nawet 6,56 zł. Czuję, że niezadługo zobaczymy siódemkę na dystrybutorze. I oby na tym się skończyło, bo nasz narodowy czebol Orlen po rozbiorze konkurenta z Gdańska (Lotos) rządzi cenami jak chce. Nie wątpię, że powetuje sobie teraz straty na wyborczej „promocji”.

Do falowania cen paliw na stacjach jesteśmy już przyzwyczajeni i poza wyborczą promocją nie budzi to emocji. Bolesny powrót do rzeczywistości czeka nas jednak także w innym sektorze rynku energii. Zamrożenie cen prądu dla gospodarstw domowych obowiązuje tylko do końca roku, więc nowa ekipa rządowa stanie przed nie lada wyzwaniem: mrozić dalej czy jednak dopuścić odwilż i narazić się wyborcom. Gdyby ceny skalkulować po bożemu, tak jak rynek hurtowy energii dyktuje, musiałyby skoczyć nawet o 60–70 proc.

To – w wymiarze politycznym – gwałtownie skróciłoby miesiąc miodowy nowej władzy, która ma przecież przed sobą jeszcze w 2024 r. na wiosnę wybory samorządowe i europejskie. W wymiarze społecznym zaś tak duża podwyżka oznaczałaby gigantyczny szok, spowodowany skokowym wzrostem kosztów utrzymania mieszkań, który przy okazji wywołałby istotny impuls inflacyjny. Dlatego stawiam dolary przeciwko orzechom, że powrót stawek za prąd do normalności odbędzie się na raty, rozłożony na wiele kwartałów. Ale podwyżek w dalszej perspektywie nie unikniemy.

Czytaj więcej

Jak odmrozić ceny prądu bez ich mocnego skoku

Po pierwsze, zamrożenie cen na stałe oznaczałoby powrót do znanego z PRL systemu nakazowo-rozdzielczego, gdzie cena nie ma nic wspólnego ze stawką rynkową oraz kosztami wytwarzania. I w praktyce zależy od lidera rządzącej partii.

Po drugie, ceny oderwane od kosztów wytwarzania wymagają zrekompensowania różnicy wytwórcom, co ostatnio dzieje się m.in. kosztem nakładów na transformację energetyczną, m.in. odnawialne źródła energii. Utrwala więc dotychczasowy miks energetyczny.

Po trzecie, powoduje to tzw. subsydiowanie skrośne, gdzie przedsiębiorcy, którzy płacą dużo wyższą stawkę, składają się w pewnym stopniu na niskie ceny dla ludności. Droga energia to zaś osłabiona konkurencyjność firm i całej polskiej gospodarki.

Po czwarte, przy utrzymywaniu cen rażąco odbiegających od poziomu rynkowego i kosztów ryzykujemy w długiej perspektywie braki energii, skoro rozbudowa mocy nie będzie się opłacała. A zużycie prądu będzie rosło, skoro przy wysokiej inflacji będzie on względem różnych innych dóbr relatywnie coraz tańszy, nie zachęcając do oszczędzania energii.

Po piąte zaś, mrożone ceny tracą swój walor informacyjny i nie pozwalają porównywać choćby opłacalności inwestowania w różne rodzaje ogrzewania przy modernizacji czy budowie domu. Już widać obawy konsumentów, czy warto inwestować 40, 50 czy 60 tys. zł w ekologiczną pompę ciepła, skoro nie wiadomo, ile zapłacimy za prąd do jej zasilania. Bo przecież nawet własna fotowoltaika w wyniku niekorzystnych zmian rozliczeń może nie pokryć zimą, gdy słońca mało, kosztów poboru energii potrzebnej do ogrzewania.

Dlatego nie widzę szans, by ceny prądu mogłyby być w nieskończoność mrożone. I spodziewam się z powodów społecznych i politycznych ich stopniowego urealniania. W końcu nawet nasz narodowy czebol nie podniósł cen paliw dzień po wyborach od razu do poziomu docelowego. A mógłby, nieprawdaż?

Przez tygodnie tankowaliśmy benzynę i diesla po 5,99 zł za litr, ale w jakiś cudowny sposób ceny na stacjach już dzień po wyborach dostały skrzydeł i pięły się coraz wyżej: 6,14 zł, 6,40 zł, ostatnio widziałem nawet 6,56 zł. Czuję, że niezadługo zobaczymy siódemkę na dystrybutorze. I oby na tym się skończyło, bo nasz narodowy czebol Orlen po rozbiorze konkurenta z Gdańska (Lotos) rządzi cenami jak chce. Nie wątpię, że powetuje sobie teraz straty na wyborczej „promocji”.

Pozostało 87% artykułu
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację