Oczywiście na aptece sprzedającej leki ciąży większa odpowiedzialność niż na sklepie meblowym czy ze sprzętem RTV. Ale przecież nie musi sprzedawać leków sam właściciel, robią to jego pracownicy z odpowiednimi uprawnieniami.
Zasada „apteka dla aptekarza" ma uderzyć w dominację dużych sieci. Tyle że udział w rynku dziewięciu największych z nich wynosi zaledwie 14 proc. Do dominacji więc bardzo daleko.
Rzeczywiście wiele aptek w Polsce znajduje się w trudnej sytuacji, bo rynek jest mocno nasycony. Ale ingerencja państwa w jego strukturę własnościową to rzecz niedopuszczalna. Tym bardziej że jeśliby do tego doszło, szybko dałyby o sobie znać sposoby obchodzenia nowego prawa, pojawiłyby się tzw. słupy.
Na to, że inicjatywa rządu ma tylko zabetonować rynek apteczny i służyć pewnej grupie osób (efekt lobbingu?) wskazują też inne proponowane zapisy. Jedna spółka mogłaby być właścicielem maksymalnie czterech punktów sprzedaży. Mogłyby one powstawać tylko wtedy, gdy na aptekę w województwie przypada więcej niż 3 tys. osób. Dlaczego akurat tyle, trudno dociec.
Apteczny pomysł posłów to kolejny przykład siania niepewności na rynku, co jest już przekleństwem naszej gospodarki i przyczyniło się do spadku inwestycji firm. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji odpowiadający za gospodarkę wicepremier Mateusz Morawiecki skrytykował szykowaną „reformę", a krytyczne opinie wydały UOKiK, PAIiIZ i organizacje przedsiębiorców. Ci ostatni wiedzą dobrze, że jeśli się uda z aptekami, to kolejne mogą być nawet restauracje.