- Nie tylko w Polsce certyfikaty energetyczne, czyli dokumenty, które pokazują, jak dużo energii potrzebuje nieruchomość, są mało popularne - zwraca uwagę Bartosz Turek, analityk Lion's Banku. - W Wielkiej Brytanii firma Keepmoat przeprowadziła badanie, z którego wynika, że jedynie co dziesiąty nabywca nieruchomości podczas poszukiwania domu czy mieszkania bierze pod uwagę koszty ich utrzymania - podaje.
Według Bartosza Turka jest to tym bardziej zaskakujące, że w Wielkiej Brytanii od kwietnia 2018 roku właściciel nieruchomości o klasie energetycznej F lub G (dwie najniższe oceny, jakie można dostać na Wyspach) nie będzie mógł wynająć swojej nieruchomości.
- Na tym nie koniec, bo brytyjskie certyfikaty są przygotowywane w bardzo przystępny dla odbiorcy sposób – analogicznie jak w przypadku urządzeń elektrycznych nieruchomość uzyskuje ocenę od A do G - tłumaczy analityk Lion's Banku. - W Polsce certyfikaty energetyczne są bardziej skomplikowane i operują mało zrozumiałą dla przeciętnego Kowalskiego miarą rocznego zapotrzebowania na energię w postaci kilowatów energii pierwotnej w przeliczeniu na metr kwadratowy nieruchomości - przypomina.
Bartosz Turek podkreśla, że wielu ekspertów uznaje, że jest to jeden z powodów, dla których wykorzystanie certyfikatów w Polsce jest znikome. - Przykład Wielkiej Brytanii sugeruje jednak, że utrudniona interpretacja rodzimego certyfikatu nie jest głównym problemem - ocenia analityk Lion's Banku. - Bardziej prawdopodobne jest raczej to, że mała popularność certyfikatów wynika wprost z braku długoterminowego planowania przy okazji zakupu mieszkania czy domu. Jest to tym bardziej zaskakujące, że spora część nabywców finansuje zakup 20- czy 30-letnim długiem hipotecznym - podkreśla.
I dodaje, że pomijanie kosztów utrzymania nieruchomości jest błędem. - Zgonie z szacunkami GUS odpowiadają one za 21 proc. wydatków statystycznego obywatela - podaje Bartosz Turek. - Dobitnie świadczyć może o tym fakt, że gdyby każde 200 zł niewydane na miesięczne opłaty administracyjne i rachunki właściciel przeznaczył na ratę kredytu, mógłby się przy obecnych warunkach rynkowych zadłużyć na zakup mieszkania na kwotę o 45 tys. zł wyższą - wylicza.