W 2013 r. inspektorzy nadzoru budowlanego wydali 4719 nakazów rozbiórki na terenie całego kraju. W tym samym czasie wykonali tylko 2925 tego typu decyzji. Podobnie było rok wcześniej. W pierwszym półroczu 2014 r. nakazów wydano 2412, a wykonano 1377 rozbiórek.

– Rozbieżności biorą się stąd, że w wielu wypadkach do rozbiórki w ogóle nie dochodzi – twierdzi Mariola Berdysz, dyrektor fundacji Wszechnica Budowlana.

Powodów jest kilka. Po pierwsze, nikt z własnej woli nie chce niszczyć tego, co wybudował. Dlatego rzadko się zdarza, by inwestor dobrowolne podporządkował się niekorzystnej dla siebie decyzji.

– Wówczas niezbędne jest wykonanie zastępcze – tłumaczy Berdysz. To nie takie proste, trzeba bowiem zapłacić firmie, która rozbierze samowolę za inwestora, a ze środkami w powiatowym nadzorze budowlanym jest krucho.

– Poza tym, aby znaleźć przedsiębiorcę, który to zrobi, nadzór budowlany musi rozpisać przetarg. Zdarza się, że nie ma żadnego chętnego – wyjaśnia ekspertka.

Dowody i skargi

Kolejny powód dotyczy procedur. Osoba, która popełniła samowolę, może latami blokować wydanie nakazu rozbiórki. Ma on formę decyzji administracyjnej.

– Procedury administracyjne pozwalają przeciągnąć postępowanie przez długi czas, zanim dojdzie do wydania ostatecznej decyzji – uważa Michał Kosiarski, radca prawny. Według niego możliwych trików jest kilka.

– Inwestor składa np. skargę na bezczynność nadzoru budowlanego. To, czy ma rację, to osobna kwestia. Nim dojdzie do rozpatrzenia odwołania, mija wiele miesięcy. Bardzo często strony w trakcie postępowania bombardują nadzór budowlany oraz sąd administracyjny co rusz nowymi dowodami oraz pod byle pretekstem składają wnioski o zawieszenie postępowania – opowiada.

Kolejny sposób na przeciąganie sprawy to składanie skarg do wojewódzkiego sądu administracyjnego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego z jednoczesnym występowaniem do tych sądów o zawieszenie wykonania ostatecznej decyzji nakazującej rozbiórkę.

– Sądy z reguły zgadzają się na zawieszenie wykonania decyzji w obawie, że gdyby decyzja okazała się wadliwa, a doszłoby do rozbiórki, Skarb Państwa musiałby wypłacić odszkodowanie inwestorowi – wskazuje mec. Kosiarski.

Ruchy pozorowane

Prawnicy i urzędnicy są zgodni, że większość samowoli udało się wykryć inspektorom nadzoru dzięki „kontroli społecznej", czyli życzliwy sąsiad uprzejmie doniósł na sąsiada.

– W ten sposób np. w Ciechocinku dwaj sąsiedzi walczą ze sobą od ponad czterech lat – mówi dyrektor Berdysz. – Najpierw jednemu udało się doprowadzić do wydania nakazu rozbiórki wiaty na działce obok. W odwecie sąsiad doprowadził do uchylenia pozwolenia na budowę domu stojącego na parceli obok – opowiada dyrektor. I dodaje, że kiedy konflikt narasta, „kontrola społeczna" się wzmaga i ludzie zwracają się do nadzoru z kolejnymi doniesieniami.

Prawdziwymi rekordzistami są sąsiedzi z jednej z podwarszawskich miejscowości. Na koncie mają już siedem nakazów.

Idzie lepsze

Wielu rozbiórek nie byłoby, gdyby nie drakońskie opłaty legalizacyjne. W tej chwili nie ma taryfy ulgowej. Opłat nie można rozłożyć na raty ani umorzyć. W Sejmie jest jednak projekt nowelizacji prawa budowlanego, który może to zmienić (na najbliższym posiedzeniu odbędzie się jego drugie czytanie). Zgodnie z nim wojewoda zdecyduje o umorzeniu opłaty za usankcjonowanie samowoli budowlanej albo rozłożeniu jej na raty. Dzięki temu może samowoli będzie mniej.