Rebecca Bredow oświadczyła, że woli "pójść za kratki" niż podać dziecku coś czemu się "zdecydowanie sprzeciwia". I rzeczywiście trafiła do aresztu, gdy nie wypełniła nakazu sądu, który - na wniosek jej byłego męża, ojca chłopca, polecił w ciągu siedmiu dni zaszczepić 9-latka.

Sąd przyznał byłemu ojcu tymczasowe prawo do opieki nad dzieckiem, by ten - zgodnie z prawem - mógł zabrać chłopca na szczepienie.

- Niech Bóg wybaczy tym, którzy zranią (mojego syna) jedną z tych szczepionek. Co stanie się potem? To mnie przeraża - mówiła Bredow w rozmowie z lokalną telewizją.

Bredow podkreśliła, że wierzy, iż każdy rodzic powinien sam podejmować decyzję ws. szczepienia bądź nieszczepienia dziecka w oparciu o posiadaną przez siebie wiedzą na temat szczepionek.

Kobieta wyjaśniła, że po zapoznaniu się z kilkoma książkami wystąpiła o to, by jej dzieci nie były szczepione w związku z jej przekonaniami (stan Michigan, w którym mieszka Bredow, pozwala na takie wyłączenia "z powodu przekonań religijnych lub obiekcji wobec szczepieniom").

Jednak w przypadku jej syna kobieta jednostronnie wycofała się z umowy zawartej z ojcem, swoim byłym mężem, zgodnie z którą chłopiec miał zostać zaszczepiony. Sąd nakazał jej wywiązanie się z tej obietnicy. - Poczułam się tak, jakby moje prawa jako rodzica zostały mi odebrane. Dlaczego automatycznie przyznano rację ojcu, gdy zażądał szczepienia? Co z moim wyborem, jako matki? - pytała.