W jaki sposób dowiedziała się pani o swojej chorobie?

W czasie kąpieli wyczułam guz w piersi. Celowo mówię guz, a nie zdrobniale - guzek, ponieważ od razu był dużego kalibru. Nie panikowałam jednak, ponieważ byłam świeżo po USG piersi, które zrobiłam półtora miesiąca wcześniej, a wynik był prawidłowy. Nie brałam pod uwagę, że może to być nowotwór. W ciągu 2 tygodni zrobiłam USG. Radiolog stwierdził guz i powiększone węzły chłonne, zlecił też dalsze badania. Co ciekawe, mammografia zrobiona prywatnie, dalej nic nie wykazała. 

Czytaj więcej

Onkodebata: Immunoterapia zwiększa szanse kobiet z rakiem piersi

Do jakiego lekarza pani się udała na początku? Jak dalej potoczyła się cała ścieżka diagnostyki?

Z podejrzanym USG udałam się do onkologa w prywatnej placówce, bo wydawało mi się, że tak będzie szybciej - i to był mój pierwszy błąd. Prywatna służba zdrowia jest fajna jak leczymy katar, z poważną chorobą trzeba od razu iść do specjalistycznego, państwowego szpitala. Lekarz, który mnie przyjął pracował w jednym z warszawskich szpitali i tam mnie odesłał w celu zrobienia biopsji. Niestety, z powodu wakacji i chorób wśród personelu, w szpitalu nie było lekarza, który mógłby wykonać badanie, czekałam długie dwa tygodnie najpierw na badanie, a potem kolejne dwa - na wynik. W międzyczasie dojrzałam do zmiany szpitala, przeniosłam się do Instytutu (Narodowy Instytut Onkologii w Warszawie), gdzie okazało się, że pojawił się drugi guz w tej samej piersi i znów diagnostyka i oczekiwanie na wynik. Ostatecznie leczenie rozpoczęłam po prawie dwóch miesiącach od momentu, kiedy wyczułam zmianę w piersi. 

Jakie opcje leczenia miała pani przedstawione?

Leczenie raka piersi jest bardzo wystandaryzowane, w moim przypadku zalecona została chemioterapia przedoperacyjna trwająca prawie 5 miesięcy, następnie operacja i radioterapia. Obecnie jestem w połowie 4-tego miesiąca chemii. Po operacji podjęta ma być decyzja odnośnie dalszego leczenia. Miałam możliwość zweryfikowania mojego planu leczenia w szpitalu uniwersyteckim w Berlinie i zarówno ścieżka terapeutyczna, jak i leki - są takie same. Różnica jest jedna: od maja 2022 w Niemczech równolegle do trwającej chemioterapii pacjentki dostają immunoterapię, w Polsce lekarze też mi zaproponowali immunoterapię, jednak podawaną na mój koszt.  

Jak wyglądało podjęcie decyzji o terapii immunologicznej?

Kiedy lekarka powiedziała, że warto ja wprowadzić, nie wahałam się nawet chwili. Nie wiedziałam tylko jak za lek zapłacić. Cały plan immunoterapii to koszt przekraczający 250 tys. zł.

Jak zdobywa pani środki na swoją terapię?

Zdecydowałam o założeniu zbiórki poprzez fundację Alivia. Przyznam, że była to bardzo trudna decyzja. Nie jest łatwo prosić o pomoc. Myślałam, że zbiorę chociaż na jedną, dwie dawki. Ludzie którzy mnie otaczają okazali się jednak pełni empatii i niebywale hojni.  W miesiąc zebrałam całą potrzebną kwotę na leczenie. I korzystając z naszej rozmowy, chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować każdemu, kto wsparł moją zbiórkę. 

Z kim pani najwięcej i najczęściej rozmawiała o swojej chorobie i sytuacji?

Rozmawiałam z bardzo wieloma osobami, bo od początku mówię o chorobie otwarcie, jednak w tym najtrudniejszym okresie, pomiędzy diagnozą a rozpoczęciem leczenia myślę, że rozumiały mnie jedynie osoby, które miały doświadczenia z chorobą nowotworową. Najbardziej pomogły mi dwie dziewczyny, które podzieliły się swoimi doświadczeniami i dały wiarę, że można przez to przejść, a także przyjaciel, który cierpliwie wysłuchiwał moich czarnych wizji i podnosił mnie na duchu. 

Jakie pytania były dla pani najbardziej nurtujące? Czy udało się znaleźć na nie odpowiedź?

Przede wszystkim zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że moja choroba miała tak piorunująco szybki przebieg. Niektórzy lekarze, w tym onkolodzy, których o to pytałam mówili, że to niemożliwe. Jednak w Instytucie, lekarka powiedziała, że tak, w przypadku raka potrójnie ujemnego, guzy mogą rosnąć bardzo szybko.

Jak przebiega proces pani leczenia?

Nie chcę zapeszyć, ale jak na razie leczenie idzie zgodnie z planem, a guzy się szybko zmniejszają. W badaniu USG, które miałam ostatnio, było widać tylko śladowe zmiany. 

Jak pani znosi terapię? Jakie są pani obawy?

Znoszę nie najgorzej, cały czas jestem aktywna zawodowo, mam małe dzieci, którymi muszę się zająć, więc staram się nie poddawać. Ale nie jest to lekkie leczenie. Są dni, kiedy czuję się bardzo źle. Na szczęście nie jestem sama. Zarówno rodzina jak i mój zespół w pracy bardzo mnie wspierają.

Jakie są następne kroki w terapii?

Do połowy stycznia mam rozpisaną chemioterapię i immunoterapię. Z początkiem lutego czeka mnie operacja, a miesiąc potem radioterapia. Później będę kontynuować immunoterapię i ewentualnie kolejne dawki chemioterapii, co się okaże po operacji. 

Co poradziłaby pani pacjentce, która właśnie usłyszała diagnozę i wie, że choruje na potrójnie ujemnego raka piersi?

Żeby znalazła jakąś dziewczynę, która przez to przeszła, najlepiej mieszkającą w okolicy i która mogłaby opowiedzieć, jak to jest. Dziewczyny bardzo się chętnie dzielą zdobytą wiedzą i doświadczeniem. To prawdziwie siostrzeńska sieć wsparcia. No i na pewno trzeba działać szybko, szybciej niż działo się to w moim przypadku. 

rp.pl