Poprzednia płyta Queens of the Stone Age, „In Times New Roman…”, była szybka i mroczna, a najnowsza, „Perfecth”, jest utrzymana w wolniejszych tempach i łagodna. Obie są niczym dwie strony tego samego medalu i dotyczą bolesnego rozstania z żoną oraz rozpadu rodziny. Chciałem zapytać tak po ludzku: jak się czujesz?
Nie zrozum mnie źle. Wszyscy przechodzimy lub będziemy przechodzić przez różne nieszczęścia. Wielu ludzi już przez to przeszło albo nieszczęście czeka na nich tuż za rogiem. Umiem sobie radzić z problemami tylko w jeden sposób: mierzyć się z nimi. Tak robię, odkąd byłem dzieciakiem. Nie ma innego sposobu.
Czytaj więcej
„Villains", nowy album Queens of the Stone Age komentuje ataki terrorystyczne na koncerty.
Najnowsza płyta miała powstać zamiast „In Times New Roman…” (płyta QOTSA z 2023 r.– przyp. red.), ale przez wszystko, przez co wtedy przechodziłem, czułem, że to zły moment. Uznałem wtedy, że lepiej będzie nagrać bardziej brutalną płytę. Czułem też, że „In Times New Roman…” to ostatnia część tryptyku, po albumach „Villains” i „…Like Clockwork”. Tym samym zamknąłem ten projekt.
Na „Perfecth” znalazło się wiele piosenek, które powstały w różnych momentach mojego życia i pozostały nieskończone, dopóki nie dorosłem do tego, żeby je dokończyć.
Czyli na nowej płycie są stare piosenki?
Niektóre. „Run Away From The Mob” ma 25 lat. Utwór został nagrany z Dave’em Grohlem (liderem Foo Fighters, byłym perkusistą Nirvany – przyp. red.) podczas sesji do „…Like Clockwork”, ale wtedy jeszcze go nie rozumiałem. Nie mogłem go dokończyć.
Lata temu na płycie „Songs for the Deaf” mieliśmy piosenkę „Do It Again”. Zmusiłem się, żeby ją dokończyć, ale tylko na tym ucierpiała. Pomyślałem wtedy, że już nigdy tak nie zrobię. Zdarza się, że nie dorastam do swoich piosenek i kiedy uważam, że nie są skończone, odkładam je, żeby wróciły w odpowiednim momencie. Nie znaczy to, że piosenki nie są dobre, ale że ja w danej chwili nie jestem wystarczająco dobry, żeby je dokończyć. „Run Away From The Mob” jest tego najlepszym przykładem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że to list do mojego średniego syna. Coś w rodzaju: „Jeśli mnie zabraknie i wszystko się posypie…”.
Jack White, którego znam od lat, powiedział kiedyś, że nie chce śpiewać o rzeczach zbyt osobistych, bo nie chce później musieć ich śpiewać. Lubi opowiadać historie innych ludzi, tworzyć zlepki różnych opowieści albo wymyślać coś nowego. Bardzo to podziwiam, bo sam tak nie potrafię.
W tekstach na „Perfecth” jesteś bardzo otwarty, podobnie jak na wcześniejszej płycie, wprost pisząc o bolesnym zakończeniu małżeństwa, niepogodzeniu się z miłością, która odeszła oraz konsekwencjach tego wszystkiego dla całej rodziny, w tym dzieci. Na następnym albumie poruszysz te same tematy czy to już koniec pewnej ery i początek czegoś nowego?
Od lat zawsze szedłem w stronę tego, co było dla mnie przerażające, co sprawiało, że czułem się niepewnie albo bezbronnie. Na poprzedniej płycie wylałem swój jad na świat, jakim go widziałem. Rozglądasz się i dostrzegasz jego obsceniczność. Chciałem spojrzeć na siebie i zobaczyć, kim się stałem. Nie chciałem stworzyć czegoś w stylu: „Jaki jestem biedny”.
Myślę też, że wcześniej miewałem obsesje – na punkcie grania jak maszyna i podążania za dziwnymi, osobliwymi tematami. Jestem teraz w takim momencie życia, w którym akceptowanie tego, co jest, niezależnie od tego, czy mi się to podoba, czy nie, stało się najważniejsze. Mogę pisać tylko o tym, co czuję w danym momencie.
„Perfecth” to twoje „Blood on the Tracks”?
Tak, chyba to mój album o bólu rozstania, niczym u Boba Dylana. Moje obsesje zmieniały się przez lata. Teraz chodzi o to, jak blisko mogę się zbliżyć do uczuć, które rozumiem, i jak ich nie zaciemniać dziwactwami, tylko iść prosto w ich stronę. To większe wyzwanie. Ale właśnie tu teraz jestem.
Czy po takich przeżyciach można zakochać się ponownie?
Nie wiem. Czasem myślisz, że wiesz za dużo, ale tylko głupiec sądziłby, że wie za dużo. Nie mam pojęcia, ale to też w porządku.
Ciekaw jestem, co twoje dzieci powiedzą o „Perfecth”, bo ta nowa płyta dotyczy też w dużej mierze ich życia.
Słyszały tę płytę wiele razy. Mój dziesięcioletni syn przyszedł i powiedział: „Jesteś OK, tato. Jest dobrze!”. Koniec końców to znaczy dla mnie więcej niż cokolwiek innego. Dla moich dzieci jestem w porządku – to najważniejsze. To, że napisałem coś takiego jak „Mono”, nie znaczy, że nadal tkwią we mnie tamta złość i ból. Wyrzuciłem to z siebie. Teraz to już twój problem, problem tych, którzy słuchają „Perfecth”. Ja już to przeszedłem.
Muzycznie „Perfecth” nie brzmi jak maszyna. To nie jest zestaw stonerrockowych riffów, ale delikatnych melodii.
No właśnie. Kiedy napisałem „I Never Came” i „Long Slow Goodbye” na płytę „Lullabies to Paralyze”, myślano, że będą to wielkie hity. A były wyrazem tego, przez co przeszedłem w związku ze śmiercią i utratą najlepszych przyjaciół, a także tego, że ludzie nie rozumieją, jak to jest. Nic o tym wtedy nie mówiłem. Zamiast tego napisałem muzykę, mając nadzieję, że ludzie zrozumieją, ale jednocześnie byłem zbyt niepewny tej łagodniejszej strony siebie. Dlatego też „Long Slow Goodbye” umieściłem na końcu płyty. Nie chcę już tego robić.
Czasem jesteśmy łagodni, a czasem bardzo bezpośredni. Tak wygląda życie. Muzyka musi odzwierciedlać to, jak faktycznie się czujesz. Myślę, że większość ludzi słucha na przykład Black Sabbath, a potem Franka Sinatry, Björk czy Elliotta Smitha. Sam słucham wszystkiego naraz. Gram dla ludzi, którymi targają różne emocje.
Nie jestem dobry w spełnianiu oczekiwań. Nie potrafię też schlebiać innym. Za bardzo lubię naciskać różne guziki, żeby przekonać się, co z tego wyniknie. Spełnianie oczekiwań brzmi dla mnie jak powtarzanie tego, co już zrobiłem.
Czy za kilka lat wciąż będziesz chciał śpiewać te piosenki, które dotyczą bolesnych spraw?
Tak.
Czytaj więcej
Światowe media, w tym polskie, błędnie informują, że zespół występujący w paryskiej sali Bataclan, gdzie 13 listopada doszło do zamachu, gra muzykę...
W pierwszym singlu promującym płytę, „Easy Street”, śpiewasz, że „przemoc nigdy nie jest odpowiedzią”…
Śpiewam: „Mówisz, że przemoc nigdy nie jest odpowiedzią, ale zastanawiam się, jakim cudem on jeszcze nie dostał w twarz. Już taki nie jestem”. Jako autor tekstów uważam za ważne, żeby śpiewać coś, co za pierwszym razem z trudem przechodzi mi przez usta. Niektóre rzeczy trudno zaśpiewać, bo uświadamiasz sobie, jak bardzo są szczere. Alternatywą byłoby śpiewanie czegoś fałszywego.
Teksty dużo dla mnie znaczą. Kiedy nagrywasz płyty, dążysz do prawdy, zrzucasz bagaż i uwalniasz się od ciężaru różnych rzeczy. Poznajesz ludzi, z którymi jesteś, i poznajesz samego siebie. Kiedy tworzysz album, możesz przeżyć coś w rodzaju duchowego przebudzenia. A jeśli do tego dążysz, jest to całkowicie możliwe. Trzeba dążyć do tego bezlitośnie, mówiąc rzeczy niewygodne.
Jack White, którego znam od lat, powiedział kiedyś, że nie chce śpiewać o rzeczach zbyt osobistych, bo nie chce później musieć ich śpiewać. Lubi opowiadać historie innych ludzi, tworzyć zlepki różnych opowieści albo wymyślać coś nowego. Bardzo to podziwiam, bo sam tak nie potrafię.
Bywały momenty, kiedy robiłem podobne rzeczy, i czasem nadal mogę tak pracować, opowiadając historię za pomocą obrazów. Jednak coraz częściej czuję, że nie jestem w stanie tego robić. Uwierz mi, mierzę się z tym od lat.
Kiedy gramy „I Appear Missing” z płyty „…Like Clockwork”, nie mogę skupiać się na słowach tej piosenki. Muszę skoncentrować się na publiczności albo myśleć o czymś, co jest tuż obok. Jeśli zacznę myśleć o samej piosence, zwłaszcza gdy wcześniej coś wypiłem, rozsypuję się. Dlatego odcinanie się od muzyki podczas grania tych utworów nie jest dla mnie niczym nowym.
Mój dziesięcioletni syn przyszedł i powiedział: „Jesteś OK, tato. Jest dobrze!”. Koniec końców to znaczy dla mnie więcej niż cokolwiek innego. Dla moich dzieci jestem w porządku – to najważniejsze.
Zadbałeś o siebie i po latach nie przypominasz już „rudego Elvisa”, jak cię nazywano, ale raczej szczupłego, rockowego Gandalfa Szarego.
Dziękuję. Ty też jesteś całkiem przystojny. Jestem stary, ale czuję się świetnie. Dużo się o sobie nauczyłem. Nie jestem gwiazdą rocka ani osobą niedostępną. Wciąż myślę o sobie jak o dzieciaku z małego miasteczka, który po prostu próbuje się uwolnić. Mylącą częścią mojego życia, którą nie zawsze lubię, jest cała ta rockowa otoczka, która nie jest prawdziwa. W moim przypadku wszystko jest bardzo proste: chcę zrobić coś fajnego i po prostu chcę się uwolnić. To może być prosta idea, ale jednocześnie naprawdę skomplikowana.
Przez lata nagrywałeś na pustyni płyty z serii „Desert Sessions” z różnymi artystami, takimi jak PJ Harvey, muzycy Soundgarden, Ween, Primus czy ZZ Top. Czy wrócisz jeszcze do tych pustynnych, improwizowanych sesji?
Kiedyś ugryzł mnie na pustyni skorpion i na pamiątkę zrobiłem sobie tatuaż w tym miejscu. Jestem chłopakiem z pustyni. Organizuję „Desert Sessions” wtedy, kiedy ich potrzebuję. Są tak dobre, ponieważ są krótkie i intensywne. Każdy, kto bierze w nich udział, daje z siebie to, co najlepsze, bo nie ma czasu na nic więcej. To jak mieszanie akwareli. Les Claypool, Carla Azar i Billy Gibbons tworzą coś, czego nie mogliby stworzyć sami. Powstaje coś, co istnieje tylko dzięki temu, jak brzmią razem. Możliwość uczestniczenia w czymś takim zmienia życie. Lubię to robić, ale nie mam czasu. Chodzi bardziej o czas niż o cokolwiek innego. Jestem przede wszystkim ojcem, a gram też w QOTSA i Eagles of Death Metal.
Czytaj więcej
Manifestacje na scenie są dla mnie trochę takie tanie, obciachowe - mówi Muniek Staszczyk o różnych kontekstach politycznych deklaracji artystów.
Wciąż grasz na perkusji w Eagles of Death Metal?
Tak, uwielbiam grać na perkusji.
Utwór „Sunday” napisałeś wspólnie z Iggym Popem na jego płytę „Post Pop Depression”. Umieściłeś tę piosenkę na nowej płycie Queen of Stone Age w znacznie bardziej tanecznej wersji. Dlaczego?
Iggy Pop jest najfajniejszym człowiekiem na planecie! Zrobiłbym z nim coś ponownie w każdej chwili. Świetnie sprawdza się jako współpracownik, a jednocześnie jest skrajnym samotnikiem. Kiedy ta piosenka się pojawiła, byłem w Joshua Tree. Nagrywaliśmy w Rancho de la Luna i mieszkaliśmy w domu kilkaset metrów od studia. Piosenka przyszła do mnie w przebłysku. Chciałem zatrzymać ją dla siebie, ale potem uświadomiłem sobie, po co tam byłem. Powiedziałem Iggy’emu: „Daję ci wszystko, co mam do dania, bo cię kocham. Ale jeśli kiedyś będę chciał nagrać cover tej piosenki, zrobię to”. Ta droga w przypadku Popa była już w pewnym sensie wytyczona przez „China Girl” (utwór skomponowany, a później ponownie wykonany przez Davida Bowiego – przyp. red.). Potrzebowaliśmy czegoś rozbujanego, co na chwilę podniosłoby nastrój płyty – jego wtedy, a mojej dzisiaj.
A co z Them Crooked Vultures, zespołem, który stworzyłeś z basistą Led Zeppelin Johnem Paulem Jonesem i Davem Grohlem z Foo Fighters, wcześniej związanym z Nirvaną?
To było coś niezwykłego. Zrobiłbym kolejną płytę Them Crooked Vultures w sekundę, ale to nie moja rola, żeby zebrać nas wszystkich. Moją rolą na płycie TCV jest pisanie piosenek o zwierzętach, z jakiegoś powodu. Zorganizowanie powrotu TCV to zadanie Dave’a Grohla. Zawsze zrzucam odpowiedzialność na Dave’a.
W 2024 roku QOTSA wystąpili w paryskich katakumbach, nagrywając album „Alive in the Catacombs”, mimo że lekarze ci tego zabronili i miałeś wtedy pilnie poddać się operacji. Czy potrzebne były polityczne koneksje, żeby wystąpić na podziemnym francuskim cmentarzu?
Nie, to nie miało z tym nic wspólnego. Prosiłem o to wiele, wiele lat temu. Ciągle pytałem, trochę dla żartu, bo tyle razy słyszałem „nie”. Myślałem, że będę pytał tak długo, aż ludzie, którzy tam pracują, odejdą i przyjdą nowi. Czułem, że z jakiegoś powodu katakumby mnie wzywają. Nie udaję, że coś wiem. Każda nowa rzecz, której się uczysz, pokazuje ci tylko, jak wiele jeszcze nie wiesz. Nauczyłem się słuchać wewnętrznego głosu i mu wierzyć. Z jakiegoś powodu katakumby mnie przyciągały. Kiedy już tam wszedłem, poczułem się niesamowicie mały i pokorny. Lubię takie doświadczenia. Patrzysz na ściany, na kolejne rzędy czaszek, i myślisz sobie: co ci ludzie widzieli? Co mówiły ich usta? Co słyszały ich uszy? Jakie życie prowadzili? Występ tam był doświadczeniem duchowym. Wiedziałem, że jeśli koncert w katakumbach kiedykolwiek dojdzie do skutku, będzie to początek trzeciego aktu QOTSA. Katakumby i „Perfecth” są ze sobą splecione. To doświadczenie utorowało nam drogę do następnego kroku: dalszego grania czegokolwiek, co uważamy za dobre. W pełni spodziewam się, że niektórzy ludzie będą niezadowoleni z „Perfecth”. Zawsze uważałem, że jeśli 15 proc. ludzi cię nie nienawidzi, to znaczy, że jest coś z tobą nie tak.
Mimo że nagrywaliście płytę w czasie, kiedy zmagałeś się z poważnymi problemami zdrowotnymi, a wcześniej pokonałeś nowotwór, album „Alive in the Catacombs” okazał się triumfem artystycznym. Trasa promująca to wydawnictwo również odniosła sukces artystyczny i komercyjny. Dotarliście z nią także do Warszawy, gdzie wypełniliście Torwar.
Wiem, ale uwierz mi, to nagrywanie tej płyty było przerażające, jak cholera. Robienie czegoś, czego nigdy wcześniej nie robiłeś, i próbowanie nowego sposobu działania jest przerażające. Myślę jednak, że to konieczne. Jaki mam wybór? Czuję, że nie mam innego wyjścia. Co ma być, to będzie. Nie interesuje mnie, jak duże coś jest. To nic dla mnie nie znaczy. Nie mam na to wpływu i nie chcę go mieć. Gramy w halach i na stadionach przed System of a Down, których szanuję i lubię. Uwielbiam ich chaos i melodię. Są niezwykle indywidualni. To zaszczyt grać z nimi. Ale gdybym mógł wybierać, nie zdecydowałbym się na granie w tak dużym miejscu. Nie lubię tej części popularności. Nie jestem w niej dobry i czuję się trochę nie na miejscu.
Zastanawiam się, jak delikatne piosenki z „Perfecth” sprawdzą się na koncertach.
Mamy przed sobą duże wyzwanie. Jak zmieścić 30 lat muzyki QOTSA na jednym koncercie? Jak przejść od siedmiominutowego utworu psychodelicznego do czegoś akustycznego, a potem do czegoś głośnego? To zupełnie inny świat niż „czerwony album”, „niebieski album” czy nawet poprzednia płyta („Songs for the Deaf”, „Rated R” i „In Times New Roman…” – przyp. red.). Już nad tym pracujemy. Musimy przygotować show, które będzie niemal teatralne. Musimy zrobić coś, co sprawi, że spojrzysz w jedną stronę, a potem wydarzy się coś w innym miejscu. Katakumby pomogły mi to zrozumieć. Musimy iść dalej. Dawno temu mój dziadek powiedział mi: „Jeśli będziesz inny, będą w ciebie rzucać kamieniami. Więc musisz nauczyć się lubić kamienie. Nie możesz słuchać malkontentów. Mówią „nie”, bo tylko to potrafią powiedzieć. Nie zwracaj na to uwagi. Musisz słuchać swojego wewnętrznego głosu”. To brzmi dobrze, ale jest trudne. Nie poświęcam czasu na czytanie o sobie ani na skupianie się na recenzjach. Pewnie widziałbym tylko negatywy, a nie chcę być częścią tego świata.
Widziałem, że nie używasz już Instagrama ani innych mediów społecznościowych.
Spróbowałem tego na chwilę, ale nie czułem się z tym dobrze. To nie dla mnie. Utwór „Easy Street” z nowej płyty opowiada o pragnieniu znalezienia spokojnego miejsca. Gdybym wiedział, gdzie ono jest, powiedziałbym o tym ludziom, których kocham i na których mi zależy. To niemal życzenie: chciałbym wiedzieć, gdzie jest to spokojne miejsce do życia. Jeśli znajdziesz je przede mną, powiedz mi, gdzie się znajduje. Naprawdę kocham też „Insignificant Other” z tej płyty. Utwór został zarejestrowany za drugim podejściem. Po prostu gramy razem na żywo. Nagraliśmy go dwa razy i to właśnie drugie podejście znalazło się na albumie. To nie jest perfekcyjna płyta. Słychać na niej problemy ze strojem, timingiem i tak dalej, ale właśnie tak teraz brzmi zespół. To dźwiękowa fotografia chwili. Są tam małe błędy, które próbuję rozgryźć. To rock and roll. Próbuję teraz zrozumieć, jak na żywo odtworzyć te fragmenty uchwyconych chwil, pełnych błędów. Zależy mi na nich. Wręcz pławię się w tych błędach, bo są prawdziwe. Lubię drobne potknięcia.
Utwór „Easy Street” z nowej płyty opowiada o pragnieniu znalezienia spokojnego miejsca. Gdybym wiedział, gdzie ono jest, powiedziałbym o tym ludziom, których kocham i na których mi zależy. To niemal życzenie: chciałbym wiedzieć, gdzie jest to spokojne miejsce do życia.
Na końcu utworu „Mono” słychać paniczny, przeszywający krzyk.
Nagrałem to w 2023 r. Byłem wtedy sam w pokoju nad garażem i byłem zniszczony złamanym sercem. Ważne jest to, że jeśli piszesz piosenkę o tym, że miłość cię zniszczyła, powinna brzmieć tak blisko tego uczucia, jak to tylko po ludzku możliwe. Czasem, kiedy nagrywasz, nie wiesz, co powiedzieć, ale możesz zagrać coś, co naprawdę oddaje to uczucie. Kiedy jesteś tak zniszczony przez miłość, zaczynasz pytać samego siebie: „Czy zwariowałem? Czy to przetrwam?”. Nawet podczas nagrywania wokalu musiałem przerwać, rozsypać się, a potem ponownie wcisnąć przycisk nagrywania i iść dalej. Tak powinno być. Jeśli piosenka opowiada o takim doświadczeniu, powinna właśnie tak brzmieć.
Muzyka jest dla ciebie rodzajem autoterapii?
Tak, nie mam terapeuty. Patrzę na to w ten sposób, że właśnie temu służy muzyka. To duchowe przedsięwzięcie, jeśli możesz grać tak długo, jak ja. Nie chodzi nawet o sprzedawanie biletów na koncerty ani płyt. Chodzi o to, żeby rozgryźć życie. A po drodze wszystko się zmienia, tak jak powinno. Kiedyś chciałem atakować. Myślałem, że robię coś, czego nikt wcześniej nie słyszał. Ale przekonanie, że robisz coś całkowicie nowego, jest chyba możliwe tylko wtedy, kiedy ma się dwadzieścia lat.
Ale zrobiłeś coś takiego z zespołem Kyuss, tworząc nowy gatunek zwany stoner rockiem – ciężki, zwolniony, psychodeliczny rock inspirowany Black Sabbath.
Tak, ale w tamtym momencie byłem po prostu dzieciakiem. Próbujesz zrobić coś, czego – masz nadzieję – nikt wcześniej nie słyszał. To wszystko ewoluuje i zmienia się razem z tobą.
Ponad 20 lat temu rozmawiałem z Markiem Laneganem, który grał z Queens of Stone Age. Wcześniej, po rozpadzie Kyuss, dołączyłeś jako młody gitarzysta koncertowy do jego zespołu Screaming Trees. Powiedział mi: „Nigdy nie wątpiłem, że Josh osiągnie wielki sukces komercyjny i artystyczny”.
Brakuje mi Marka. Mieliśmy naprawdę prostą relację, bo nie ściemnialiśmy sobie nawzajem. Nasza relacja zawsze była prosta i bezpośrednia. Brakuje mi pisania tekstów i muzyki z Markiem. Przez ostatnie cztery czy pięć lat mierzyłem się z rzeczami, których nie lubię, ale które po prostu są, i uczyłem się je akceptować. To był jeden z najtrudniejszych, ale i najbardziej wartościowych darów. Zrozumiałem, że wciąż mogę kochać Marka tak samo mocno, mimo że fizycznie już go nie ma. Wciąż mogę z nim rozmawiać – i rozmawiam. To nigdy nie musi się zmienić. A jednak nie ma go tutaj. Nie ma znaczenia, czy mi się to podoba, czy nie. Tak po prostu jest. Próba pogodzenia tych dwóch rzeczy to moja rzeczywistość i rzeczywistość każdego człowieka. Każdy zmierzy się z poczuciem straty, takiej albo innej. Takie po prostu jest życie.
Swoją drogą, czy Kyuss kiedyś wróci?
Kyuss to był początek moich prób robienia nieprzewidywalnych rzeczy. Na początku myślałem: zrobię coś, czego nikt nie będzie w stanie przewidzieć. To stało się moim uzależnieniem od nieprzewidywalności. Chcę robić różne rzeczy, przeskakiwać między światami i pojawiać się tam, gdzie nikt się mnie nie spodziewa. Zawsze myślę o tym, co mogę zrobić, żeby zaskoczyć ludzi.
Ciekawą częścią tego wszystkiego jest to, że ludzie mają oczekiwania. Jeśli próbujesz zrobić coś, czego ktoś się nie spodziewa, często frustrujesz te oczekiwania. Rozumiem to. Frustrowanie ludzi jest w jakiś dziwny sposób częścią mojego artystycznego istnienia.
Kyuss zapisał się w historii muzyki i dla wielu osób jest zespołem kultowym, który nagle zniknął, ale wciąż brzmi świetnie, a jego historia nie doczekała się zakończenia. Domkniesz ten rozdział?
Wciąż kocham muzykę Kyuss. To moje dzieciństwo. Byłem wtedy tylko dzieciakiem. Wszystko skończyło się, zanim skończyłem 21 lat. Zaczęło się, gdy miałem 12 albo 13 lat. Myślę o tym, żeby naprawić i zakończyć historię Kyuss, stawiając właściwie kropkę. Ten zespół to dla mnie cały świat. To nie tylko zespół – to moje dzieciństwo. Rozpaczliwie chciałem, żeby Kyuss przetrwał i został przekazany fanom. Chciałem powiedzieć im: „To jest wasze!”. Dlatego ostatnia płyta nazywała się „…And the Circus Leaves Town”. Wiedziałem, że odejdę, ale nie powiedziałem, że wszystko musi się skończyć. Po prostu powiedziałem, że nadszedł czas, żebym poszedł dalej. Wciąż wiele razy się nad tym zastanawiałem i nadal się waham.
Masz kontakt z kolegami z zespołu?
Tak. Cały czas mam kontakt z Johnem, Scottem i Alfredo (John Garcia, Scott Reeder i Alfredo Hernández – wokalista oraz muzycy sekcji rytmicznej związani z Kyuss – przyp. jn).