Rz: Dokładnie 200 lat temu, w marcu 1818 r., w Londynie ukazała się słynna powieść Mary Shelley o Frankensteinie. Stała się ona źródłem obaw przed niekontrolowanym postępem technologicznym.
Marek Oramus: Powieść, wbrew intencji autorki, która chciała napisać horror, została przyjęta jako przestroga przed eksperymentami na ludzkim organizmie. Jednocześnie była zapowiedzią kierunków w nauce, których świadkami jesteśmy obecnie: biotechnologii, inżynierii genetycznej, klonowania. Dostrzegamy w tym pozytywy, ale przecież niesie to ze sobą mnóstwo zagrożeń...
Na przykład jakich?
Załóżmy, że ludzie będą mieć swoje paszporty genetyczne. I ktoś do naszego paszportu zajrzy, po czym usłyszymy: „Nie zatrudnimy pana, bo za cztery lata pan umrze", albo: „Za kilka lat zachoruje pan na poważną chorobę genetyczną, nie możemy pana ubezpieczyć". Wielu naukowców ostrzega przed niekontrolowanym postępem. Jeżeli zaczniemy grzebać w człowieku jak w motocyklu, to skutki tego mogą być katastrofalne.
Co na to literatura?
Aldous Huxley w „Nowym wspaniałym świecie" opisał świat, w którym opanowano inżynierię technologiczną, a ludzi powołuje się do życia na życzenie, poprzez proces nazwany butlowaniem – zarodki dojrzewają w butlach. Można powiedzieć: życie jak w Madrycie – ludzkie potrzeby są zaspokojone, seks kwitnie, wszyscy są szczęśliwi. Jednak takie społeczeństwo, pozbawione wyższych wartości, nie może być naprawdę szczęśliwe. W „Nowym wspaniałym świecie" nikomu o nic nie chodzi... Przed konsekwencjami rozwoju technologicznego przestrzega nas też James Graham Ballard w „Wyspie", „Wieżowcu" czy „Kraksie". A także noblista Kazuo Ishiguro, który w powieści „Nie opuszczaj mnie" pisze o hodowaniu w jaśnie oświeconej Anglii ludzi na części zamienne przeznaczone dla bogaczy. Kończy się to tym, że człowiek, który nie ma już nic do oddania, trafia na złomowisko.