Osiem wystaw, podobnie jak przed rokiem, można zobaczyć we wnętrzach dawnych fabryk imperium włókienniczego Karola Scheiblera, a imprezy towarzyszące odbywają się w dziesięciu punktach miasta. Na przykład pod sufitem Manufaktury, największego centrum handlowo-rozrywkowego w Polsce, podwieszono krzesła z przezroczystego tworzywa. A wystawę wzornictwa przemysłowego umieszczono na strychu hotelu Savoy.
[srodtytul]Bez udawania[/srodtytul]
Festiwal jest nie tylko odbiciem trendów w sztuce wzorniczej. Jest także odbiciem samej Łodzi umiejscowionej pomiędzy fabrykanckim rodowodem i współczesnością. Wędrując z wystawy na wystawę, obcuje się ze spuścizną PRL (wciąż obdrapane kamienice) i przebija przez teraźniejszość (komunikacyjny chaos spowodowany totalnym remontem ulic w centrum miasta).
– Łódź niczego nie musi udawać, podobnie jest z festiwalem – mówi Krzysztof Candrowicz, szef Łódź Art Center. – Rozwija się spontanicznie i nikogo nie naśladuje.
[srodtytul]Interaktywnie[/srodtytul]
Wystawa główna, nazwana przez organizatorów designem interaktywnym, nosi nazwę Play & Joke. Dlaczego? Jak wyjaśniają jej twórcy, „design, który zawsze stał na pograniczu sztuki i nauki, stał się zjawiskiem jeszcze bardziej złożonym, dziedziną popkultury, sposobem porozumiewania się i nawiązywania kontaktu”.
Po wejściu na piętro po ciężkich metalowych schodach, po których przez 100 lat wędrowało dziennie kilka tysięcy robotników, słychać industrialną muzykę. Płynie z zestawu głośników zaprojektowanych przez Malafora, czyli Agatę Kulik-Pomorską i Piotra Pomorskiego. Bolo acoustic men – jak został nazwany ten zestaw kwadrofoniczny – kształtem przypomina zwisający kokon.
[wyimek]Łódź niczego nie musi udawać, podobnie jest z festiwalem [ul][li][sub][i]Krzysztof Candrowicz, szef Łódź Art Center[/i][/sub][/li][/ul][/wyimek]
Na wystawie pełno jest przedmiotów użytkowych dostosowanych do naszych czasów lub się z nich wyśmiewających: stołki z kitkami, byśmy mogli zająć ręce, drabiny z krzesłami na samym szczycie, by spoglądać na świat z innego punktu widzenia.
Marta i Lech Rowińscy (czyli „Beton”) zaprojektowali „Kino domowe”. To olbrzymi czarno-biały obraz składający się z połączonych ze sobą książeczek, które można dowolnie zmieniać, przekładając kartki. Autorzy zadbali, by układał się także w realne i znane postacie, np. Zbigniewa Wodeckiego z Beatą Tyszkiewicz, która podnosi tabliczkę z liczbą „10” (to odwołanie do popularnego show „Taniec z gwiazdami”). – W komplecie dołączyliśmy dwa fotele, które po połączeniu, stają się zestawem wypoczynkowym – mówi Lech Rowiński. – Jest tak zaprojektowany, by się w niego wsunąć i oddawać oglądaniu.
Oskar Zięta zaprojektował „stołki plop” – z metalu kryształowego, dające złudzenie nadmuchanych przyrządów do nauki pływania, z których uchodzi powietrze. Wrażenie jest niesamowite. Gdy się na nich usiądzie, okazuje się, że są stabilne i bardzo wygodne. Marta Wojciechowska z kolei zaproponowała warcaby alkoholowe – drewniane pionki, do których przymocowano kieliszki (wiadomo, w jakim celu).
– Na wystawie są projekty, które potrafią zaskoczyć, rozbawić, choć nie zawsze są funkcjonalne – komentuje Anna Hrecka, autorka „cubusia” – ascetycznej postaci misia przytulanki, którego można układać niczym klocki lego.
[srodtytul]Coś z niczego[/srodtytul]
Ulubionym przedmiotem artystów są lampy. Do ich zrobienia używają osłon na przewody izolacyjne, kubków po jogurtach („produkt mleczny” dbwt, czyli Darii Burlińskiej i Wojtka Traczyka), talerzyków piknikowych („picnic” Fina Heiki Kiisi) i jednorazowych kubeczków („qubek” Małgorzaty Bronikowskiej). Ten ostatni daje złudzenie światła wydobywającego się z wycinanki. – Kreatywny projektant potrafi zrobić coś z niczego – mówi Agnieszka Jacobson-Cielecka, dyrektor artystyczny festiwalu, i dodaje: – Nasi projektanci są twórczy, ale powinni myśleć produktem, jak to ma miejsce na Zachodzie Europy, a nie projektem.
Obecni na festiwalu Francuzi z L’Ecole de Design Nantes Atlantique od rozpoczęcia studiów są przygotowywani do projektowania dla przemysłu. – W trakcie nauki odbywają praktyki, pracując nad konkretnymi produktami – mówi Franciszka Targowska ze szkoły w Nantes.
Jacobson-Cielecka wie, dlaczego brakuje kontaktu designerów z firmami. – Wciąż wolą kopiować znane wzory, niż zatrudnić projektanta i dać mu swobodę.
[srodtytul]Zwycięski spinacz [/srodtytul]
Na festiwalu pokazano prace z konkursu „Make me!”, na którym oceniono projekty wzornictwa przemysłowego młodych autorów. Wygrał spinacz, który jest przenośnym dyskiem komputerowym, a jego autor Bartosz Mucha otrzymał 20 tys. zł z Narodowego Centrum Kultury.
– Za innowacyjność, pomysł, połączenie nowoczesnej technologii i przedmiotu codziennego użytku – zapisano w protokole jury.
Nagroda specjalna przypadła Łukaszowi Wysoczańskiemu za kubek breakup. Autor, nacinając u góry powierzchnię kubka, rozprawił się z problemem nitki, na której zawieszona jest torebka z herbatą ekspresową. Nacięcie przechodzi w lekko zakrzywioną linię, nadając kubkowi charakter.
[srodtytul]Akcja-kreacja[/srodtytul]
Wielkim zainteresowaniem cieszą się wykłady znanych designerów, które wypełniają cały kalendarz festiwalu. Słuchacze siedzą, gdzie się da. Jutro swój wykład „Dekory – sztuka na meblach. Filozofia designu. Fast Forward” poprowadzi światowej sławy projektant Salvadore Figluzzi.
A w sobotę wielki finał i zarazem ostatni konkurs festiwalu: Akcja-kreacja, w trakcie której będzie można podejrzeć przy pracy młodych polskich architektów. Zwycięzców tego konkursu jury ogłosi w niedzielę.
II Międzynarodowy Festiwal Designu w Łodzi: wystawy, warsztaty, wykłady, spotkania z designerami i producentami, prezentacje firm i instytucji, przegląd szkół polskich i zagranicznych – potrwa do 31 października