Prezydenci ustalili w Soczi cenę gazu dla Białorusi na 2020 rok, nie ustalili ceny na rosyjską ropę. Nic nie wiadomo, by rozmawiali na temat tzw. map drogowych „bliższej integracji" obu krajów. Białoruski lider odleciał z Soczi, nie wychodząc do dziennikarzy na konferencję prasową.

– Strony porozumiały się, że dalsze konsultacje będą prowadzone na poziomie rządów i ministerstw – powiedział rosyjski wicepremier Dmitrij Kozak po zakończeniu spotkania.

Głównymi negocjatorami tych ostatnich byli właśnie premierzy obu krajów, a tych w ogóle nie zaproszono do rezydencji Putina. Mimo że nowy szef rosyjskiego rządu Michaił Miszustin szykował się wcześniej na swoje pierwsze rozmowy z Białorusinami. Rosyjska delegacja rządowa spóźniła się do Soczi i dotarła dopiero na koniec spotkania prezydentów. Formalnie z powodu pogody, faktycznie na polecenie prezydenta Putina.

Dla większości dziennikarzy obserwujących spotkanie dwóch prezydentów symboliczna stała się scena podczas ich roboczego śniadania. „Putin zaproponował Łukaszence kaszkę na wodzie: Spróbujcie, spodoba się wam" – opisał ją białoruski analityk Alaksandr Klaskouski. „Kreml na serio i na długo postanowił zafundować sojusznikowi ostrą dietę gospodarczą" – dodał analityk.

„Mińsk nie miał innego wyjścia, jak tylko porozumiewać się w sprawie ropy i gazu. Dlatego że bez rosyjskich surowców energetycznych Białoruś nie przetrzyma. A nie można szybko znaleźć solidnej alternatywy dla rosyjskich surowców" – tłumaczył miński politolog Walerij Karbalewicz, dlaczego mimo wszystkich wcześniejszych wypowiedzi Łukaszenko był w Soczi jako proszący. – Chce się, rozumiecie, tak po bizantyjsku uderzyć po głowie i przydusić do ziemi – w zeszłym tygodniu sam Łukaszenko opisał, jak zachowują się Rosjanie na rozmowach z nim.

Spotkanie w Soczi zakończyło się jednak ustaleniem cen na gaz dostarczany z Rosji do Białorusi. Mińsk będzie za niego płacił 127 dolarów za tysiąc metrów sześciennych – tyle, ile w zeszłym roku. Ale Łukaszenko chciał 70 dolarów – tyle, ile płacą odbiorcy w sąsiadującym z Białorusią obwodem smoleńskim. Jednak rosyjscy obserwatorzy zauważyli, że ostateczna cena najwyraźniej jest dla członków Związku Białorusi i Rosji. Dlatego że inni sojusznicy Moskwy z Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (Kazachstan, Armenia, Kirgizja) płacą 157 dolarów i więcej.

Tyle też Kreml chciał dostawać od Łukaszenki, ale zgodził się na zniżkę i nikt nie wie dlaczego. Być może wyjaśnienie kryje się w nieznanych jeszcze detalach wielogodzinnych rozmów Łukaszenki z Putinem i jego kolejnych ustępstwach w sprawie „pogłębionej integracji".

Ropę natomiast Mińsk będzie musiał kupować bez kontraktu od poszczególnych firm rosyjskich, jeśli te zgodzą się ją sprzedać, i za cenę, jaką podyktują. Wcześniej część rosyjskich politologów uważała, że szantażując Putina wizytą amerykańskiego sekretarza stanu i jego obietnicą zaspokojenia białoruskich potrzeb energetycznych, Łukaszenko uzyska zgodę na swoje warunki. „Wyszło coś tak pośrodku" – zauważył Karbalewicz.

Teraz jednak w Mińsku sądzą, że ich kraj stanie się celem rosyjskiej ofensywy propagandowej, bowiem „Kreml tylko rozjuszyła (zapowiedź Pompeo–red.): No, no zobaczymy, jak jankesi będą was ratować". Zdaniem części analityków Moskwa już prowadzi antybiałoruską kampanię wewnątrz Rosji, by „uzyskać szerokie poparcie na wypadek podejmowania ostrych działań" przeciw Białorusi.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej