Szef australijskiego rządu był już wcześnie znany z twardej gry, ale wobec słabych.

– Karierę zrobił jako minister spraw wewnętrznych u Tony'ego Abbotta. Kazał wtedy odrzucać imigrantów próbujących się dostać przez ocean do Australii. Powstały dla nich obozy o surowym reżimie w Papui-Nowej Gwinei, nie mieli jak złożyć wniosków o azyl. To było złamanie miedzynarodowych konwencji – przypomina „Rzeczpospolitej" Gerald Knaus, prezes berlińskiego instytutu European Stability Initiative (ESI) i autor niemiecko-tureckiej umowy, która pozwoliła zażegnać kryzys migracyjny w 2015 r.

Skazani na teorie spiskowe

Dziś jednak liberalny premier porwał się na potentata, z którym do tej pory żaden kraj świata nie śmiał otwarcie zadzierać.

– Wielkie platformy internetowe z pewnością zmieniają świat, ale to nie znaczy, że mają nim rządzić – powiedział w czwartek Morrison.

Jeszcze w środę wieczorem wszystko zdawało się na dobrej drodze. Z Markiem Zuckerbergiem rozmawiał przez telefon minister skarbu Josh Fryderberg, którego ojciec wywodził się z rodziny żydowskiej z Polski.

Tak się jednak nie stało. W czwartek rano popularna platforma społecznościowa odcięła bez uprzedzenia swoich 17 milionów australijskich użytkowników od treści dziennikarskich, ale także portali szeregu kluczowych instytucji publicznych, jak ministerstwo zdrowia stanu Queensland, państwowego instytutu meteorologicznego czy schroniska dla bezdomnych kobiet miasta Hobart. Wszystko w chwili, gdy kraj szykuje się do rozpoczęcia masowych szczepień wakcyną Pfizera.

– Będziemy teraz skazani na teorie spiskowe, fantazje przeciwników szczepień. Facebook stanie się siedliskiem fake newsów – nie krył irytacji minister zdrowia Greg Hunt.

Zuckerberg najwyraźniej był jednak skoncentrowany na innym kalendarzu: parlamentarnym. W czwartek rano australijski parlament szykował się do uchwalenia w ekspresowym tempie ustawy zawierającej kodeks uregulowania sporów między platformami internetowymi a firmami mediowymi. Przepisy, które przewiduje ustanowienie niezależnego mechanizmu arbitrażowego, mają zostać ratyfikowane przez obie izby już w nadchodzących dniach. Wówczas Facebook i Google, które między sobą dzielą 81 proc. dochodów z reklam w australijskim internecie, musiałyby pogodzić się z odprowadzeniem znacznej części tych dochodów do skarbu państwa.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Na szantaż Zuckerberga Morrison zareagował nie mniej ostro. Jeszcze w czwartek zadzwonił do premiera Indii Narendry Modi z prośbą o przyłączenie się do krucjaty przeciw Facebookowi. To partner, którego amerykański gigant lekceważyć nie może: dość powiedzieć, że Hindusi stanowią 1/3 wszystkich użytkowników WhatsAppa, popularnego komunikatora należącego do Facebooka.

Ale dla premiera Australii to tylko początek budowy koalicji demokratycznych krajów, która ma pokazać, że firmy zwane big tech jeszcze nie przejęły roli pochodzących z wyboru władz. Morrison sprawę więc podejmie tak na szczycie G20, jak i G7, na który został zaproszony.

Lobbing USA

Obaj internetowi potentaci do niedawna działali solidarnie, a nawet Google grał ostrzej. Popularna wyszukiwarka uwierzyła, że bez niej Australia sobie nie poradzi, i szantażowała Morrisona opuszczeniem wyspy. W akcję lobbingu władz został też wciągnięty rząd Stanów Zjednoczonych – wszystko w nadziei, że 25-milionowy naród nie pozwoli sobie na starcie z Ameryką w chwili narastającego zagrożenia ze strony Chin.

Jednak w ostatniej chwili, dosłownie na kilka godzin przed rozpoczęciem obrad parlamentarnych, Google zmienił front i zawarł ugodę najpierw z mniejszymi firmami medialnymi Australii, a potem tą największą – News Corp. – Zuckerberg ma rację, mówiąc, że przypadek Facebooka jest inny od Google'a, bo na jego platformie ludzie i media umieszczają treści, podczas gdy wyszukiwarka sama ich szuka. Niemniej i jedna, i druga firma zarabia na tym krocie. Australijski rząd ma więc jak najbardziej rację, stawiając się Facebookowi – mówi „Rzeczpospolitej" Jean-Pierre de Kerraoul, przewodniczący Europejskiego Stowarzyszenia Wydawców Gazet (ENPA).

Dlaczego akurat Australii przypadła szczytna rola prekursora w walce o uregulowanie internetu? Nie tylko determinacja władz ma tu znaczenie, ale także ważna jest rola Ruperta Murdocha, który mimo swoich 89 lat potrafi grać równie twardo, co 37-letni Zuckerberg.

– News Corp jest jednym z najpotężniejszych koncernów medialnych nie tylko w Australii, ale i na świecie. Kosa trafiła na kamień – tłumaczy de Kerraoul.

Murdoch domagał się za prawa do użytkowania przez platformy treści należących do jego mediów 1 mld dolarów australijskich rocznie (2,9 mld zł). Ile dostał, nie wiadomo. Mówi się o kwocie „znacznej". Jednak o skali ustępstw może świadczyć umowa z niepomiernie mniejszym dziennikiem „Sydney Morning Herald", który dostał 30 mln dol. australijskich rocznie, podczas gdy przeszło 100 francuskich dzienników (w tym „Le Monde", „Le Figaro" i „Liberation") musiało się niedawno zadowolić odpowiednikiem ok. 40 mln dol. australijskich rocznie.

– Facebook zajął bardzo brutalną postawę. Sądzę jednak, że jak w każdych negocjacjach jest to pozycja wyjściowa. Później i Zuckerberg pójdzie na ustępstwa. Facebook jeszcze bardziej od Google'a potrzebuje porozumienia z mediami dla naprawy swojego wizerunku bardzo nadszarpniętego fake newsami, wpadkami w moderowaniu treści i licznymi procesami – tłumaczy de Kerraoul.

W przeszłości Australia wygrała podobne starcie z Amazonem, który również groził wyjściem z kraju. Teraz na miejsce obu potentatów też są gotowi wejść inni jak Microsoft ze swoją wyszukiwarką Bing. Firma zapowiedziała, że jest gotowa płacić za prawa autorskie treści, z których korzysta.