Artykuł pochodzi z archiwum "Życia Warszawy"

Ówczesne stołeczne gazety nie wspominały nic o odzyskaniu państwa w ten poniedziałkowy dzień. Napisały tylko, tak jak „Kurier Polski", o „wolnej Warszawie", tymczasem Kraków był już wolny od 1 listopada, zaś w Lublinie urzędował polski rząd, choć nie przez wszystkich uznawany.

Co wiedział mieszkaniec stolicy na temat sytuacji politycznej? Z agencyjnych doniesień – o rzeczy niebywałej, a mianowicie o abdykacji cesarza niemieckiego Wilhelma II, która nastąpiła 9 listopada. Mój ojciec mający wtedy kilkanaście lat wspominał później, że to był szok. Po pierwsze tuż przed wybuchem wielkiej wojny nikt nie przypuszczał, że w ciągu czterech lat runą trzy cesarstwa europejskie, po drugie – Wilhelm II uznawany był za postać niemal żelazną. A tu  po Warszawie, będącej pod niemiecką okupacją, pętały się tłumy zrewoltowanych żołnierzy, co wcale nie było bezpieczne. Na terenie Cytadeli  przebywało 8 tys. wojska oraz urzędników, a w mieście i wokoło niego było około 20 tys. uzbrojonych po zęby żołnierzy. I jak tu odzyskiwać niepodległość?

Oddaj broń!

Już 9 listopada okazało się, że wielu mundurowych ma w nosie wojaczkę i chce tylko wrócić do domu. Młodzież zaczęła więc wieczorem odbierać broń, co przebiegało dość pokojowo. Dzień później zabierała ją już bez kłopotu, ale trzeba było umieć się z tym żelastwem obchodzić. „Gazeta Warszawska" relacjonowała po tygodniu, 16 listopada: „Postrzały wskutek zbrojnych wystąpień, zabłąkanych kul i nieostrożnego obchodzenia się z bronią nowozaciężnych, bardzo liczne w pierwszych dniach nowego układu, stosunkowo zmniejszyły się znacznie. (...) W gmachu intendentury na Nalewkach postrzał w pierś otrzymał niemiecki krawiec wojskowy, na Stawkach warta postrzeliła

16-letniego Borucha Szpryncera, który usiłował okraść magazyn wojskowy". Wybijanie się na niepodległość nie było takie wzniosłe, jak to później usiłowano pokazać. Nie wszyscy o tym myśleli. Na przykład w składzie nasion Ogrodnik Polski przy Wareckiej trzech złodziei rozbiło kasę pancerną, znajdując w niej zaledwie 20 marek. Złapał ich patrol wojskowy.

Tu i ówdzie zdarzały się strzelaniny, bo warty niemieckie nie chciały się dać rozbroić. W północnej części stolicy odnotowano kilka przypadków zamknięcia się mundurowych w budynkach i wyrzucania na ulice granatów. Co ciekawe, wśród poranionych było wiele młodych kobiet i dzieciaków, co świadczyłoby o nieco ludowym charakterze odbierania karabinów.

Rozprężenie było coraz większe. Rada Regencyjna usiłująca rządzić krajem nie miała już posłuchu wśród polskich cywilów, a niemiecka administracja nie wiedziała, jak zdyscyplinować swych żołnierzy; oficerowie dla świętego, rewolucyjnego spokoju zdejmowali dystynkcje z pagonów.

Pociąg z Niemiec

Wczesnym rankiem 10 listopada przyjechał z Magdeburga specjalnym pociągiem Józef Piłsudski, kojarzony przez sporą część społeczeństwa z socjalistami, bo przed wojną im przewodził. No i narodowcy zarzucili mu działalność agenturalną na rzecz Niemców, którzy podstawili rzeczony transport. Zaczynało pachnieć polskim piekłem.

„Kurier Warszawski" skwitował przybycie na drugiej stronie, z kolei „Kurier Polski" relacjonował przyjazd na Dworzec Wiedeński w ten sposób: „(...) zebrani obrzucili kwiatami komendanta, wznosząc okrzyki – Niech żyje Piłsudski i jego szef sztabu (pułkownik Sosnkowski – przyp. R.J.)". Po latach zwolennicy pisać będą o tłumach na dworcu, a narodowi demokraci o garstce witających.

Autopromocja
TYLKO U NAS

Ambasador Chin w Polsce Sun Linjiang o nowej ofercie współpracy Pekinu z Warszawą

CZYTAJ

Atmosfera w Warszawie była nie najlepsza, gdyż o godz. 4 nad ranem grupa cywilów usiłowała zająć tenże dworzec, ale została odparta ogniem. Na dodatek z okien pobliskiego hotelu Polonia oficerowie niemieccy strzelali z pistoletów. „Kurier Polski" podał też o nocnej strzelaninie u zbiegu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich, gdzie członkowie polskich organizacji wojskowych bezskutecznie usiłowali zająć niemiecką komendanturę kolejową. „Oddano 15 – 20 strzałów, parę osób zostało rannych". Tu się nie udało, ale za to udało się w wielu innych miejscach.

Z kwiatami czy bez w każdym razie już rankiem brygadier Piłsudski, jak go niechętni zwali, rozmawiał z członkiem Rady Regencyjnej Zdzisławem ks. Lubomirskim. Po opuszczeniu jego pałacu udał się na kwaterę przy ul. Moniuszki 2 (dziś wisi tam stosowna tablica). Do wieczora odbywały się różne narady.

Następnego dnia już o godz. 8 rano Piłsudski konferował z przedstawicielami wojska niemieckiego, udzielając gwarancji na bezpieczny powrót do kraju. To było ważne, gdyż w mieście zrewoltowana była część lewicy i niejasne stanowisko niektórych kół żydowskich. Cały czas trzeba pamiętać, że w tym czasie starozakonni stanowili jedną trzecią ludności Warszawy. Ich radykalni ziomkowie próbowali zasiać niepokój. „Kurier Warszawski" doniósł na przykład o takim wydarzeniu – na Królewskiej grupa żołnierzy Polaków, z których tylko pięciu miało karabiny, została ostrzelana z przejeżdżającej kłusem dorożki. Rzucili się w pościg i kiedy w rejonie Siennej (dziś jest tam park przed Pałacem Kultury) dorożka ustawiła się na wprost, dali kilkakrotnie ognia. Powóz przewrócił się. „Jeden padł trupem, dwóch zraniono i aresztowano, dwaj inni zaś, których widziano z rewolwerami w rękach, zbiegli". Ustalono, że byli to „żydzi – bolszewicy", a także „agitatorzy i emisariusze bolszewiccy". Zabity to 36-letni Jakiel Frydman.

Wczoraj

Przeglądając dzienniki z 12 listopada, nie natrafiamy na jakieś szczególnie wzniosłe wydarzenia z dnia poprzedniego. Z miasta zniknął cichcem jego niemiecki komendant gen. Beseler i według plotki przytaczanej przez „Kurier Warszawski", ujęty został w Sosnowcu. Prawda tymczasem wyglądała tak, że nocą wsiadł u stóp Zamku Królewskiego na statek i popłynął nim do Torunia.

Napisano też, że wczoraj po południu, a więc 11 listopada, Rada Regencyjna wydała dekret o przejęciu przez Piłsudskiego zwierzchnictwa nad polskim wojskiem. Nie wszystkie gazety uznały to za duże wydarzenie, ale skoro mamy zwierzchnika, to jest on wodzem naczelnym i w ten sposób zaczęto tworzyć autorytet. Według  „Kuriera Warszawskiego", „Piłsudski staje się u nas personifikacją idei jedności narodowej". A w ogóle najważniejsze było to, że 12 listopada „Kurier Polski" podał: „Pierwszy dzień wolnej Warszawy". Tego samego dnia lewicowy „Robotnik" doniósł o zajęciu drukarni proniemieckiego dziennika „Godzina Polski", co natychmiast przełożyło się na poprawę szaty graficznej „Robotnika". W artykułach było sporo o rządach robotniczo-włościańskich, o czerwonych sztandarach, ale o niepodległości ani słowa.

W następnych dniach odnotowano więcej ważkich, politycznych decyzji. 14 listopada Rada Regencyjna oddała pełnię władzy w ręce nowego wodza i rozwiązała się, a cztery dni później ostatni niemieccy żołnierze opuścili miasto. I zaczęły się polityczne przepychanki. 16 listopada po trzech latach niebytu ukazała się wspomniana już „Gazeta Warszawska", związana z endecją. Opisała ona wielki wiec z 15 listopada: „stolica złożyła protest przeciwko zamachom dyktatorskim partji socjalistycznej, nie mającej żadnego w kraju zaufania". Dodano też, że komendant Piłsudski (tylko raz wymieniono jego nazwisko) – „powierzył tworzenie rządu najmniej wpływowej i politycznie wyrobionej grupie (...) socjalistom".

Narastały emocje, a data odzyskania niepodległości wciąż była nieznana. Częściowo precyzował ją Kościół. „Kuria arcybiskupia wydała rozporządzenie do duchowieństwa warszawskiego, aby jutro, w niedzielę (to jest 17 listopada

– przyp. R.J.) we wszystkich kościołach po sumie odśpiewało – »Te Deum laudamus« wraz z modlitwą »Pro gratiarum actione« oraz hymn narodowy, a to w celu podziękowania Stwórcy za oswobodzenie Ojczyzny (...)". Trudno dziś stwierdzić, co śpiewano wówczas, gdyż jedni uznawali za hymn  „Warszawiankę" inni zaś „Mazurek  Dąbrowskiego".

Co ciekawe, po latach Józef Piłsudski twierdził, że odrodzenie ojczyzny nastąpiło pod koniec listopada.