W piątek odbyło się kolejne posiedzenie Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli w procesie, jaki szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztof Bondaryk wytoczył dziennikarzowi „Rzeczpospolitej” Cezaremu Gmyzowi.

Szef ABW poczuł się urażony sformułowaniem „sprawa Bondaryka”, którego Gmyz użył w artykule o umorzeniu śledztwa dotyczącego odpowiedzialności za wyciek tajnych danych od operatora komórkowego sieci Era. W firmie tej pracował wówczas Bondaryk.

Piątkowe posiedzenie sądu było kolejnym w tej sprawie. Gmyz miał się tam stawić i złożyć wyjaśnienia. Nie przyszedł.

– Przyczyna jest banalna. Zepsuł mi się samochód. Gdy go uruchomiłem, było już za późno – uzasadnia nieprzyjście do sądu. Tymczasem sędzia, nie czekając na wyjaśnienia, uznała jego nieobecność za nieusprawiedliwioną.

– Sąd zagroził zastosowaniem wszystkich możliwych środków zapobiegawczych wobec dziennikarza, łącznie z tymczasowym aresztem. Zlecił też wykonanie wywiadu środowiskowego na okoliczność jego trybu życia – mówi Maciej Krasiński, aplikant adwokacki, który reprezentował Gmyza. Jak mówi, informował sąd, iż dziennikarz nie uprzedzał o swojej nieobecności.

14 lutego na rozprawie w tej samej sprawie nie stawili się ani oskarżyciel, ani jego pełnomocnik. Obecni byli jednak sędzia i oskarżony wraz z obrońcą.

Sąd zgodnie z obowiązującym prawem uznał, że nieobecność oskarżycieli oznacza, iż odstępują od oskarżenia, i umorzył postępowanie. Ale pełnomocnicy Bondaryka złożyli zażalenie. Postępowanie zostało wznowione.