[b]Rz: Jak udało się pani, posłance z Bieszczadów, pokonać Mariana Krzaklewskiego?[/b]
Elżbieta Łukacijewska: To jest efekt ośmiu lat ciężkiej pracy w wyjątkowo trudnym dla PO województwie podkarpackim. Wielu nie dawało mi szans w rywalizacji z panem Marianem Krzaklewskim, ale ją zdecydowanie wygrałam. Pokazałam, że nie jestem tylko blondynką. Marian Krzaklewski ze swoimi 25 tysiącami głosów też przyczynił się do mojego sukcesu.
[b]Ale listy nie pociągnął?[/b]
No, nie pociągnął!
[b]Ciężko było przełknąć tę gorzką pigułkę, gdy władze partii zdecydowały, że to nie pani będzie liderem listy na Podkarpaciu?[/b]
Nie ukrywam, że w pierwszej chwili byłam tą decyzją zaskoczona i trochę podłamana, iż pierwsze miejsce przydzielono osobie niezwiązanej z PO, która ma luźny związek z regionem. W polityce nie można się jednak obrażać. Uznałam, że należy się podporządkować władzom partii, które mają strategię i na wybory patrzą z perspektywy całej partii, a nie tylko regionu czy konkretnej osoby.
[b]No i te władze się pomyliły w ocenie pani szans. Czy premier Donald Tusk, wicepremier Grzegorz Schetyna pogratulowali?[/b]
Oczywiście, podobnie jak większość ministrów.
[b]Przeprosili?[/b]
Nie było potrzeby, bo nie jestem obrażona. Gratulowali, że startując z drugiego miejsca, udało mi się uzyskać tak dobry wynik na Podkarpaciu. Usłyszałam m.in, że takiej baby to jeszcze nie widzieli.
[b]Czym chce się pani zajmować w Brukseli?[/b]
Będę się zajmować ochroną środowiska. Chcę się też zaangażować we współpracę międzynarodową, zwłaszcza unijno-ukraińską.