Jacek Protasiewicz powiedział, że jego decyzja o starcie w wyborach na przewodniczącego partii na Dolnym Śląsku nie była inspirowana przez premiera i podyktowana chęcią strącenia Grzegorza Schetyny, lecz pragnieniem zmiany trudnej sytuacji PO w regionie i zakończeniem konfliktu z prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem.
- To była sugestia [premiera]. Czy da się znaleźć jakiś sposób na to, żeby we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku nie skończyć porażką. - powiedział Protasiewicz i przypomniał: - O ile poprzednio udało nam się o włos uniknąć powstania koalicji "Wszyscy przeciwko Platformie", o tyle w przyszłym roku mogłoby to być trudniejsze, jeśli zamiast jednego, prawdziwego wroga, jakim jest PiS, będziemy mieli w regionie drugiego, silnego - w postaci ruchu samorządowego wokół Dutkiewicza.
Europoseł PO mówił też o tym, jaką rolę w partii będzie odgrywał jego konkurent.
- Ja za długo znam Grzegorza Schetynę, żeby uważać, że on w jakikolwiek sposób zaakceptuje czy pogodzi się z tak zwanym końcem. To, że nie jest szefem regionu, w niczym nie zmienia faktu, że pozostaje w pierwszej lidze polityków PO - powiedział, dodając, że Schetyna powinien podjąć "naprawdę partnerską współpracę w wymiarze ogólnopolskim".
Według Protasiewicza, ostra rywalizacja na Dolnym Śląsku nie osłabiła wizerunku obydwu polityków oraz partii, lecz wręcz przeciwnie - była wielkim świętem demokracji.
- Ja wczoraj nawet rozmawiałem z wieloma ludźmi, nawet przypadkowymi na lotnisku w Warszawie. Oni mówili: "To był fascynujący spektakl demokracji, naprawdę emocjonujący. Myśmy to wszystko oglądali i to się działo na naszych oczach" - opowiadał polityk, dodając: - To, co ludzie widzieli, a my przeżywaliśmy tam, na miejscu, to była prawdziwa rywalizacja, która rozstrzygała się pojedynczymi głosami. Moim zdaniem, lepszego, uczciwszego spektaklu demokracji nikt widzom nie zafundował - nie tylko w ten weekend, ale w ciągu ostatnich kilku lat, żadna z innych partii politycznych.