Jak dotąd nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za piątkowy atak. Kameruńska opozycja uważa jednak, że wioskę mogli napaść kameruńscy żołnierze.

Rząd Kamerunu walczy od trzech lat z separatystami w regionie, w którym znajduje się wioska. Jak na razie władze nie komentują sprawy.

James Nunan, przedstawiciel Biura Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) powiedział w rozmowie z BBC, że wśród zabitych w wiosce była m.in. ciężarna kobieta, a także 14 dzieci, w tym dziewięć poniżej piątego roku życia.

Nunan twierdzi, że atak "przeraził" mieszkańców regionu.

- Ktokolwiek jest za niego odpowiedzialny, to przeraziło wszystkich perspektywą dalszej przemocy - twierdzi.

W wydanym oświadczeniu opozycyjny Ruch Odrodzenia Kamerunu obarczył odpowiedzialnością za atak "dyktatorski reżim" rządzący w kraju.

Agbor Mballa, czołowy działacz ruchu separatystycznego również zasugerował, że za masakrą stoi kameruńska armia.

Wojsko zaprzecza tym oskarżeniom.

W północno-zachodnim Kamerunie, gdzie większość mieszkańców posługuje się językiem angielskim (w pozostałej części kraju dominuje język francuski), konflikt trwa od 2017 roku. Separatyści ogłosili tam powstanie nowego państwa, Ambazonii, z kolei władze Kamerunu uznały ich za terrorystów.

Od czasu rozpoczęcia starć armii ze zbrojnymi formacjami separatystów, w regionie zginęło 3 tys. osób, a co najmniej 70 tysięcy musiało opuścić swoje domy.

Rząd Kamerunu jest oskarżany o łamanie praw człowieka w walce z separatystami. Rząd podaje, że separatyści zabili dziesiątki cywilów i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Nie ma jednak żadnych statystyk dotyczących tego jak wielu cywilów i przedstawicieli ruchu separatystycznego zabiła kameruńska armia.