W wyniku ostrzału rakietowego, którego celem byli stacjonujący w Syrii amerykańscy żołnierze, nikt nie został ranny - podaje Reuters.

Rzecznik amerykańskiej armii poinformował, że ostrzelani żołnierze odpowiedzieli na atak ogniem w kierunku pozycji, z których wystrzelono rakiety.

- Nikt po stronie amerykańskiej nie doznał obrażeń, nie stwierdzono też żadnych zniszczeń - poinformował pułkownik Wayne Marotto odnosząc się do ataku rakietowego na pozycje amerykańskich żołnierzy.

Rzecznik nie poinformował kto mógł przeprowadzić atak na siły USA.

Źródła w Deir al Zor, we wschodniej Syrii podają, że jedna z wspieranych przez Iran milicji wystrzeliła kilka pocisków artyleryjskich, które spadły w pobliżu pola naftowego Omar, kontrolowanego przez żołnierzy USA i rebeliantów z Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF).

Kilka godzin przed atakiem sekretarz stanu USA, Antony Blinken i Biały Dom bronili decyzji o przeprowadzeniu nalotów na cele w Iraku i Syrii jako sposobu na zmniejszenie ryzyka wybuchu konfliktu w regionie.

- Podjęliśmy konieczne, odpowiednie, celowe działania, które mają na celu ograniczenie ryzyka eskalacji, ale także wysyłają jasną wiadomość odstraszającą - mówił Blinken w czasie spotkania z dziennikarzami w Rzymie.

Naloty potępił rząd Iraku, który poinformował, że zbada "wszystkie opcje prawne", aby przeciwdziałać takim atakom w przyszłości. Syria nazwała naloty "rażącym naruszeniem świętości terytoriów Syrii i Iraku".

Naloty miały być odpowiedzią na ataki z użyciem dronów na cele związane z obecnością wojsk USA w Iraku. Takich ataków od kwietnia tego roku miało być co najmniej pięć.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ