Rosja od 15 dni atakuje Ukrainę, prowadząc m.in. uderzenia na cele cywilne i bombardując dzielnice mieszkaniowe miast. Rosjanie mają też uniemożliwiać ewakuację cywilów m.in. z oblężonego Mariupola, miasta, w którym od wielu dni nie ma prądu, ogrzewania i wody.

W środę prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wydał dekret, zgodnie z którym każdy mieszkaniec Ukrainy może - w czasie obowiązywania stanu wojennego w kraju - zbrojnie atakować najeźdźców.

Czytaj więcej

Rosjanie zbombardowali szpital dziecięcy i położniczy w Mariupolu

- Jeśli ktoś atakuje naszą armię z bronią w ręku, oczywiście staje się celem - skomentował Pieskow.

Rzecznik Kremla dodał, że żołnierzy rosyjskich do otwierania ognia zmusza "opór zbrojny stawiany przez bataliony nacjonalistów, bataliony banderowców".

Kreml zwróci się do rosyjskiej armii z prośbą o przekazanie szczegółów dotyczących ataku na szpital dziecięcy i położniczy w Mariupolu

Pieskow poinformował też, że Kreml zwróci się do rosyjskiej armii z prośbą o przekazanie szczegółów dotyczących ataku na szpital dziecięcy i położniczy w Mariupolu.

Wcześniej rosyjski dyplomata, pierwszy zastępca ambasadora Rosji przy ONZ Dmitrij Polianskij stwierdził, że szpital w Mariupolu "od dawna" był używany przez ukraińską armię. Z kolei szefowa MSZ Rosji, Maria Zacharowa, określiła doniesienia o zbombardowaniu przez Rosjan szpitala mianem "wojny informacyjnej". Dodał jednak,

Zastępca mera Mariupola, Serhij Orłow podał, że w ataku na szpital zginęły trzy osoby, w tym sześcioletnie dziecko, a 17 osób - w większości ciężarnych kobiet i opiekujących się nimi lekarzy - zostało rannych.