Jestem jednym z milionów wychowanków radiowej Trójki. Zanim przyszła wolność, właśnie to radio uczyło mnie magii

dźwięków i kształtowało moją muzyczną wrażliwość. Nigdy nie zapomnę dyktatorów tamtej anteny, Marka Gaszyńskiego, Wojciecha Manna czy niezapomnianego Piotra Kaczkowskiego. Do dziś słyszę gdzieś w pamięci jego autorską melorecytację wiersza Wisławy Szymborskiej: „Pukam do drzwi kamienia, to ja wpuść mnie...", z muzyką bodaj Flash and the Pan w tle.

Trójka to był efekt zbiorowego wysiłku genialnych prezenterów, znakomitych satyryków z Marcinem Wolskim na czele i fantastycznych, świetnie kształconych głosów. Swego rodzaju wzorzec radia z podparyskiego Sevres.

Minęły lata, przyszło radio komercyjne. Odniosło historyczny sukces. A przecież Trójka trwała. Jakby wbrew bezwzględnej logice twardych danych dotyczących słuchalności. Wciąż znakomita, choć już z nowym pokoleniem radiowców. Pamiętam też moment, kiedy – jako polityczny komentator – stawałem się jakąś drobną cząstką tej anteny. To było jak uszlachcenie, nadanie oficerskiego stopnia w radiowej galaktyce.

Dziś ta Trójka już nie istnieje. Złamano jej kręgosłup, odarto z tożsamości, rozgoniono ludzi. Czy mi żal? Może trochę. Bardziej dziwię się grabarzom Trójki, Jedynki i innych stacji. Czy godzą się na tę parszywą rolę? Czy po prostu nie wiedzą, co czynią? Niegdyś na rynku radiowym było tak: potęgi RMF i Jedynka, twardy numer trzy Zetka, mocna Trójka i długo, długo nic. Dziś jest inaczej. Jedynka i Trójka są tylko cieniem dawnych siebie. Trójka przestaje też być komercyjnym kołem zamachowym Polskiego Radia, co może tę organizację wpędzić w problemy.

Grabarzom i ich politycznym patronom przypomnę dwie proste jak drut i banalne prawdy. Po pierwsze, antena radiowa, telewizyjna czy tytuł prasowy to nie literki w logotypie, lecz głównie odbiorcy, lojalni wobec ekipy ludzi tworzącej antenę czy tytuł. Rozgonić twórców, przeprowadzić polityczny czy każdy inny zamach stanu jest łatwo. Dużo trudniej utrzymać odbiorcę. Albo zyskać nowego. I po drugie, natura nie cierpi próżni. Po anihilacji medium zarówno jego twórcy, jak i odbiorcy migrują gdzie indziej i dalej robią swoje. Tytuł, telewizję czy radio. Przekonanie, że znikną, jest czystą iluzją. Publiczność nie znika.

Często na tych łamach krytykuję telewizję Jacka Kurskiego. Tak, dokonał masakry w sferze informacji, ale też trudno dyskutować z faktem, że nie osłabił, lecz nawet wzmocnił główne anteny. Jego alter ego na Malczewskiego zostawia po sobie zgliszcza. Czy aby na pewno tego pragną jej polityczni mocodawcy?