Nie może polskim tenisem rządzić człowiek, którego kobiety znane z imienia i nazwiska przedstawiają jako seksualnego drapieżcę. Polskie związki sportowe są autonomiczne, minister sportu nie ma więc możliwości odwołania prezesa, muszą to uczynić działacze PZT podczas nadzwyczajnego zgromadzenia. 

Mirosław Skrzypczyński został wybrany głosami ludzi, którzy znali go od lat. Nie wiedzieli, kim jest ten człowiek? Nie wiedzieli o tym, jak traktował zawodniczki i zawodników w klubach gdzie pracował? Nie słyszeli, jak odnosi się do współpracowników, zapomnieli, jak krzywdził osoby pracujące od lat w PZT, gdy już doszedł do władzy? Wiedzieli, i to bardzo dobrze.

Czytaj więcej

Posłanka Kotula: Byłam molestowana przez prezesa PZT. Czas przerwać zmowę milczenia

Teraz, gdy dziennikarze Onetu znaleźli ofiary prezesa i świadków jego obrzydliwych zachowań, musi przestać działać mit o Skrzypczyńskim - finansowym zbawcy polskiego tenisa, który zapewniał dopływ kasy dzięki znakomitym stosunkom z władzą (sławny kort w Kozerkach im. Marii i Lecha Kaczyńskich to jego inicjatywa). 

Obecny prezes jest bohaterem obyczajowego skandalu, ale typy spod ciemnej gwiazdy na tym fotelu w ostatnich latach już widywaliśmy. Oby to się zmieniło. PZT od lat jest związkiem chorym na partykularyzm terenowych działaczy i brak przywództwa. Dlatego Skrzypczyński może bronić się argumentując, że jest ofiarą środowiskowej intrygi i część zarządu związku - nawet dziś - tak właśnie uważa. 

Z tego co napisał Onet wynika, że prezes jest wielowymiarowym złoczyńcą i powinien odejść natychmiast, a działacze PZT muszą spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie, że kolejny raz w ciągu ostatnich kilkunastu lat postawili na niewłaściwego człowieka.