- Zakładam, że intencją jest zaszkodzenie polityczne premierowi Tuskowi, bo gdyby autorom takich spekulacji zależało na tym, aby Polak objął tak ważne stanowisko, to utrzymywaliby sprawę w dyskrecji - mówił dziennikarzom w Sejmie Sikorski.
Przepraszam, ale czegoś tu nie rozumiem.
Nie wchodząc bowiem w to, czy kandydatura Tuska jest, czy nie jest uzgodniona, to jak ministrowi Sikorskiemu mogło przejść przez gardło związanie ewentualnego objęcia przez polskiego polityka funkcji szefa KE z pojęciem patriotyzmu?
Narzuca się niestety oczywista interpretacja - według ministra sprawowanie tego stanowiska przez Polaka mogłoby się wiązać z jakimiś korzyściami dla Polski. Korzyściami, które ów Polak mógłby Polsce sprawując ową funkcję załatwić.
Ba, ale przecież dotąd byliśmy przekonani, że po obejmowaniu przez Polaków kolejnych wysokich stanowisk w unijnym aparacie nie powinniśmy spodziewać się dla naszego kraju niczego wymiernego! Więcej - że takie oczekiwanie byłoby dowodem kompletnego niezrozumienia procesów integracyjnych i europejskiego politycznego savoir-vivre'u. W myśl którego - podobno - sama próba użycia w okresie sprawowania funkcji swoich kompetencji dla przeforsowania czegoś korzystnego dla kraju, z którego pochodzi sprawujący funkcję byłaby czymś niespotykanym. Byłaby złamaniem najświętszych europejskich zasad; podeptaniem kodeksu europejskich gentelmanów.
O istnieniu takiej zasady byliśmy przekonywani przez wszystkich świętych, ostatnio przy okazji polskiej prezydencji, po której - jak nam mówiono - niczego dla Polski nie powinniśmy oczekiwać. Więc nic nie oczekiwaliśmy, i jak się okazało - słusznie.
A tu nagle okazuje się, że byliśmy w tzw.mylnym błędzie?
I mówi nam to nie kto inny, tylko sam minister Sikorski?!
Panowie, ostrożniej z takimi nowościami, bo pomyślimy sobie, że dotąd karmiliście nas propagandą.
