Rocznie prokuratorzy prowadzą miliony śledztw, operują milionami zeznań, ustaleń, często dotykających bardzo intymnych spraw obywateli. Teraz się okazuje, że nie ma przeszkód, aby bez większego problemu trafiły one do internetu. To brutalny sygnał dla obywatela, że prokuraturze po prostu nie można ufać. Bo jaki komfort ma dziś osoba, która np. kilka dni temu złożyła zeznania w jakiejś kryminalnej sprawie. Czy na pewno czuje się dziś bezpieczna?
Prokuratura broni się głupio, że jest zobligowana do udostępniania akt stronom. To mydlenie oczu. Prokuratura ze względu na dobro śledztwa może ograniczyć dostęp do akt, jeżeli obawia się, że ujawnione informacje mogą mu zaszkodzić. W przypadku śledztwa z mocnym ładunkiem politycznym, z dziesiątkami różnego rodzaju przecieków, wycieków, do których doszło już wcześniej – taka obawa była uzasadniona jak mało kiedy.
Prokuratorzy wykazali się przy tym skrajną bezmyślnością, podchodząc do sprawy w typowo standardowo-urzędowy sposób. Jak małą wyobraźnię trzeba mieć, aby wyrazić zgodę na fotografowanie akt (fotokopie najłatwiej przecież opublikować w internecie), i to jeszcze z danymi oficerów ABW.
Nie tak dawno byliśmy świadkami podobnej kompromitacji, kiedy z prokuratury przed 10 kwietnia wyciekły nie do końca sprawdzone ekspertyzy biegłych w sprawie katastrofy smoleńskiej. Teraz schemat jest podobny. Są to największe i najważniejsze śledztwa, jakie prowadziła prokuratura w ostatniej dekadzie.
To znak, że z tą instytucją dzieje się coś niedobrego i nikt nie nadzoruje poczynań poszczególnych śledczych. Jeszcze dziś prokurator generalny Andrzej Seremet powinien się z tego pilnie wytłumaczyć.